I wish You all a Christmas.
It's a great gift to have a chance of living until yet another X-mas. Don't waste it, 'cause it's really up to You to make it Merry - even in the darkest hours. ;P
All the Best and may Good always be with You. :D
Thursday, December 23, 2004
Wednesday, December 22, 2004
.... so many ....
So many people i'll never get to know.... i could spend a lifetime getting to know just one and never could i say i know them for each day brings a change
So many books i'll never read... even if i read them day and nigth, all my life, for each day brings new ones... and takes a few with it ... forever....
So many blogs i'll never see.... they appear and dissapear leaving no time to choose....
So many people i'll never meet.... born each day and passing away as well
So many thoughts are lost to me.... never to be found again....
So many feelings....
So many.....
Too much for a life time.
And even with an eternal life one can do so little at a time with so many things shreded into oblivion by the claws of time.
Only chance guides us, even if it's up to us to choose the direction and the path....
But, funnly, not many things happen by chance - if any....
There is something beyond all these many things..... a unity to them all.... if not, what would be the point to such a diversity.... a decisive chaos?
So many books i'll never read... even if i read them day and nigth, all my life, for each day brings new ones... and takes a few with it ... forever....
So many blogs i'll never see.... they appear and dissapear leaving no time to choose....
So many people i'll never meet.... born each day and passing away as well
So many thoughts are lost to me.... never to be found again....
So many feelings....
So many.....
Too much for a life time.
And even with an eternal life one can do so little at a time with so many things shreded into oblivion by the claws of time.
Only chance guides us, even if it's up to us to choose the direction and the path....
But, funnly, not many things happen by chance - if any....
There is something beyond all these many things..... a unity to them all.... if not, what would be the point to such a diversity.... a decisive chaos?
Tuesday, December 21, 2004
.... vertigo .....
Since i was a teenager (and even earlier, but my memory never served me well ;P) i had visions brought to life in my imagination. One could say these were thoughts that found me... unlike all those i gave birth to, these were already shaped when awoken... They have always been of symbolic nature, showing what i was and what was within me...
And always have they been a unity of meaning, though in a variety of shapes... until recently... A few months ago a new vision came to be, alongside another change within and beyond me...
Now, each part of me seems to have become a new entity, yet still, together they remain a singular being - me. But they're tearing me apart, each growing stronger... And with each passing day i feel as if cought in a chaotic storm with a void in the very centre of it... Meanings, shapes, thoughts, beings, multiple selves have been awoken, yet still .... i am one.
And i can't make out the results of this storm... even though i realise that the outcome will be what i choose it to be... and yet ... uncertainty fills me as every minute is a shift... and a shift... and a shift.....
I am.
And always have they been a unity of meaning, though in a variety of shapes... until recently... A few months ago a new vision came to be, alongside another change within and beyond me...
Now, each part of me seems to have become a new entity, yet still, together they remain a singular being - me. But they're tearing me apart, each growing stronger... And with each passing day i feel as if cought in a chaotic storm with a void in the very centre of it... Meanings, shapes, thoughts, beings, multiple selves have been awoken, yet still .... i am one.
And i can't make out the results of this storm... even though i realise that the outcome will be what i choose it to be... and yet ... uncertainty fills me as every minute is a shift... and a shift... and a shift.....
I am.
Monday, November 29, 2004
of helping
Niesc pomoc komus to wielka sztuka, ktora bez odpowiedniego przygotowania przynosi wiecej szkod niz pozytku.
Sama dobra intencja to niejednokrotnie zbyt malo. Czasem okazuje sie, ze trzeba czegos wiecej niz wielkie serce, dyscyplina, czy odpowiedzialnosc. Ze trzeba cech wykraczajacych poza granice, jakie narzuca nam nasza codziennosc.
Zbyt czesto jest tak, ze z intencji niesienia pomocy i ten, ktory pomaga i ten, ktoremu pomagamy wychodza zrazeni i zniecheceni.
Jeden tym, ze "cale to pomaganie nie jest warte zachodu", drugi - ze i tak nie ma na co liczyc.
Czasem bywa tak, ze niesione dobro nie jest doceniane, czasem - ze nie zawsze przyniesie oczekiwany efekt, czasem tez brakuje nam czegos potrzebnego by w tym konkretnym przypadku owo dobro krzewic. I zamiast uznac to za lekcje zniechecamy sie. Czasem zapominamy, albo nie znamy wlasnych ograniczen, a przeciez poki sa w nas ludzkie przypadlosci, poty wiele z tego co czynimy bedzie obarczone ich ciezarem - niezaleznie od intencji.
Warto chyba wtedy miec za nagrode fakt tego co sie czyni, nic ponadto. Miec w sobie szacunek do innych i chec patrzenia na swiat ich oczyma... moze na moment "stania sie" nimi, lub chociaz postawienia sie w ich sytuacji? Ciagle wychodzic dalej i dalej poza wlasne ograniczenia, kazda porazke majac za lekcje nie mniej cenna co sukces. Rozwijac i pielegnowac milosc do blizniego, umacniac Agape i precz odrzucac przywary....
Chcialbym znac te droge, ale widze jedynie jej zarys i jak na czleka przystalo co i rusz potykam sie o kamienie :P
Tak naprawde nie sa to rady, bo taka droga jest chyba czyms bardzo indywidualnym, nawet jesli wszyscy nia idacy czynia tak samo, to dochodza do tych praw na swoj sposob kazdy. Chcialem zebrac tu swoje mysli na ten temat, spojrzec z boku... i poznac mysli innych...
Szczegolnie zainspirowaly mnie do tych przemyslen niektore posty na pewnym forum....
wyglada na to, ze w zyciu rownie ciezko o bezpardonowa dobroc, jak i bezpardonowa nienawisc ;)
Wszystko w zyciu zdaje sie byc sztuka. Mozna czynic wedle swej natury, rozwijac sie lub popadac w regresje. Albo mozna swiadomie wybrac i odczuwac swoja droge i okreslic poczynania, zbudowac siebie...
WRRRRR
;P
Sama dobra intencja to niejednokrotnie zbyt malo. Czasem okazuje sie, ze trzeba czegos wiecej niz wielkie serce, dyscyplina, czy odpowiedzialnosc. Ze trzeba cech wykraczajacych poza granice, jakie narzuca nam nasza codziennosc.
Zbyt czesto jest tak, ze z intencji niesienia pomocy i ten, ktory pomaga i ten, ktoremu pomagamy wychodza zrazeni i zniecheceni.
Jeden tym, ze "cale to pomaganie nie jest warte zachodu", drugi - ze i tak nie ma na co liczyc.
Czasem bywa tak, ze niesione dobro nie jest doceniane, czasem - ze nie zawsze przyniesie oczekiwany efekt, czasem tez brakuje nam czegos potrzebnego by w tym konkretnym przypadku owo dobro krzewic. I zamiast uznac to za lekcje zniechecamy sie. Czasem zapominamy, albo nie znamy wlasnych ograniczen, a przeciez poki sa w nas ludzkie przypadlosci, poty wiele z tego co czynimy bedzie obarczone ich ciezarem - niezaleznie od intencji.
Warto chyba wtedy miec za nagrode fakt tego co sie czyni, nic ponadto. Miec w sobie szacunek do innych i chec patrzenia na swiat ich oczyma... moze na moment "stania sie" nimi, lub chociaz postawienia sie w ich sytuacji? Ciagle wychodzic dalej i dalej poza wlasne ograniczenia, kazda porazke majac za lekcje nie mniej cenna co sukces. Rozwijac i pielegnowac milosc do blizniego, umacniac Agape i precz odrzucac przywary....
Chcialbym znac te droge, ale widze jedynie jej zarys i jak na czleka przystalo co i rusz potykam sie o kamienie :P
Tak naprawde nie sa to rady, bo taka droga jest chyba czyms bardzo indywidualnym, nawet jesli wszyscy nia idacy czynia tak samo, to dochodza do tych praw na swoj sposob kazdy. Chcialem zebrac tu swoje mysli na ten temat, spojrzec z boku... i poznac mysli innych...
Szczegolnie zainspirowaly mnie do tych przemyslen niektore posty na pewnym forum....
wyglada na to, ze w zyciu rownie ciezko o bezpardonowa dobroc, jak i bezpardonowa nienawisc ;)
Wszystko w zyciu zdaje sie byc sztuka. Mozna czynic wedle swej natury, rozwijac sie lub popadac w regresje. Albo mozna swiadomie wybrac i odczuwac swoja droge i okreslic poczynania, zbudowac siebie...
WRRRRR
;P
Tuesday, November 23, 2004
a metaphore
Wracjac z pracy zeszlego wieczoru stanalem w malym kregu ciemnosci na trawach okrytych bialym puchem z licznymi juz sladami stop, w dlon lapalem krysztalki i patrzylem jak topnieja moje mysli...
Horyzont spowil juz mrok, niebosklon zakryly chmury; stalem wiec w malej sferze otoczonej czarnym i szarym, spowity zaslona skrzacych sie snieznych platkow porywanych podmuchami niezdecydowanego wiatru...
I tak swiat wokol stal sie na krotka chwile metafora mojego umyslu ;P
Umysl pozostal, a metafora juz stopniala ;) Rzeczywistosc uwielbia chyba symbole... Sa wyryte na kazdym naszym kroku... Trzeba tylko umiec je czytac... A ja sie tylko o nie potykam :P
Horyzont spowil juz mrok, niebosklon zakryly chmury; stalem wiec w malej sferze otoczonej czarnym i szarym, spowity zaslona skrzacych sie snieznych platkow porywanych podmuchami niezdecydowanego wiatru...
I tak swiat wokol stal sie na krotka chwile metafora mojego umyslu ;P
Umysl pozostal, a metafora juz stopniala ;) Rzeczywistosc uwielbia chyba symbole... Sa wyryte na kazdym naszym kroku... Trzeba tylko umiec je czytac... A ja sie tylko o nie potykam :P
Sunday, November 21, 2004
of purpose
Czlowiek bez celu jest jak kamien rzucony w kosmiczna proznie - dryfujacy posrod pustki, chwytany przez grawitacje przypadkowych gwiazd....
Schoronieni w bezpiecznych ramach codziennej, zyciowej rutyny, nagle jej pozbawieni stajemy sie jak slimaki wyrwane ze swej skorupy. Juz od dziecka narzucony schemat ksztaltuje nasze mysli, nadaje kierunek i zwalnia z myslenia... Ot np. - najpierw szkola podstawowa, potem srednia, potem - jakas praca, albo studia i praca... Potem dom, rodzina, drzewo, pies, samochod (w dowolnej kolejnosci) i moze troche kustykania do lekarza na starosc.
Nasz wybor ogranicza sie jedynie do wyboru hobby (albo tez bierzemy to co najpopularniejesze na podworku//w kregu naszych znajomych//etc) i rodzaju nauki jaki chcemy pobierac (a i to nie zawsze). Tu pojawiają się pierwsze wątpliwosci - kiedy trzeba sie zmierzyc z samodzielnym wyborem... Pojawia sie uczucie jakby cos czailo sie w cieniu... poczucie odpowiedzialnosci za swoj los... i im wieksza swiadomosc siebie im bardziej rozbudowane self tym wiekszy lek...? W pewnym momencie ta z gory zdefiniowana droga przez edukacje urywa sie i nagle czujemy szarpniecie cugli kiedy wierzchowiec, ktory dotychczas jechal spokojnie robi sie narowisty.... pojawiaja sie rozstaje i trzeba wybrac jakas droge.... czasem wybor jest wiekszy, czasem mniejszy... i tu znowu... lek? ... niepewnosc?... niepokoj? Ale zaraz potem umacnia sie bezpieczna skorupa codziennych obowiazkow - posilek 3 razy dziennie, parokrotnie powtorzone zabiegi higieniczne, chwila czasu mniej lub bardziej bezmyslnie spedzonego przed telewizorem/komputerem, standardowe obowiazki w pracy (chyba ze ta wiaze sie z jakas kreatywnoscia...), a w szerszej skali czasu - znalezienie osoby z ktora poczujemy sie w miare dobrze (z wzajemnoscia oczywiscie; im lepiej chcemy sie poczuc tym dluzej przyjdzie nam poszukac), jakies dobra materialne (wlasny kat, srodek transportu), moze kilka wycieczek, ostatecznie dziecko//dzieci i wiele lat spedzonych na opiece/odkarmieniu/wyksztalceniu/pomocy w zyciowym starcie/wspieraniu przy kolejnych etapach zycia/etc. Gdzies tutaj konczy sie wreszcie rutyna... wytyczona powszechnie akceptowana sciezka... Gdzies tu nagle czlowiek ma mnostwo czasu i sam decyduje o sobie. I dbanie o dom, czy siebie nie zawsze wystarcza by zapelnic caly czas.... czlowiek staje sie mniej wiecej wolny... przynajmniej w swoich decyzjach... i co? czy nie jest tak, ze czesto poprosu sie gubi? ze gdy ostatecznie przychodzi mu zmierzyc sie z tym czajacym sie od dawna lekiem przed odpowiedzialnoscia za swoj los ludzie przegrywaja? doswiadczenie zgromadzone przez lata z pewnoscia pomaga... co z reguly sie dzieje? znajdywane sa inne rutynowo powtarzane obowiazki, zastepujace te poprzednie...
Pewnie znajda sie ludzie, ktorzy calkiem swiadomie wybieraja taki styl zycia - bo jest im z nim dobrze, bo czuja sie bezpiecznie... Sek w tym ilu tych ludzi bedzie? Ja twierdze, ze nie wielu...
ze tak naprawde malo kto z nas uswiadamia sobie, ze ma wybor i moze uczynic co tylko zechce, a nie to co wydaje mu sie jedyna droga... Bo przeciez niejeden miewa to przeczucie, ze jest cos jeszcze ponad te obrana i narzucana przez zycie droge...
Ze niekoniecznie trzeba budzic sie z rana by wypracowac dosc pieniedzy, by starczylo na to aby obudzic sie nastepnego dnia, by moc wypracowac dosc pieniedzy, by...
Czesto slyszy sie teze, ze czlowiek wsrod zwierzat wyroznia sie tym, ze jest inteligentniejszy. Patrzac na niektorych ludzi i niektore zwierzeta, az ciezko uwierzyc... Wiem, ze to kiepski dowod, ale intuicyjnie dosc sluszny.... Ludzie maja raczej srednia inteligencje, smiem twierdzic, ze szczury, slonie, albo delfiny moglyby stanac z nami w szranki.
Faktem jest, ze ludzie sam swiadomi samych siebie. I maja wolny wybor. Ze moga uczynic, co tylko zechca. Ograniczenia jakie odczuwaja wyplywaja wylacznie z ich wlasnych przekonan.
Decydowanie o wszystkim, wolna wola, wybor drogi - swiadomy i celowy, nadajcy ksztalt naszemu zyciu... czy to nie tego czesto nam brak? (posrod wielu innych rzeczy, oczywista ;P)
A akurat go mamy....
Podobnie zreszta jest ze swiadomym mysleniem... Przyjrzec sie czlowiekowi wystarczy, by zauwazyc jak czesto dziala jak mrowka - idac wytyczonym szlakiem, rzadko naprawde dzialajac swiadomie. Owszem - wie co robi i pamieta co robi. Ale nie zawsze jest swiadom. Czesto dziala automatycznie.
Wydaje sie, ze autorefleksja, analizowanie sytuacji.... ze gubimy swiadomosc przezywanych chwil... odrzucamy ja dla wygodniejszego automatyzmu... i rutyny.....
Wydaje sie tez, ze swiadomosc, inteligencja, czy inne przymioty "nienamacalne" wymagaja cwiczen i moga byc "usprawniane" podobnie jak atrybuty fizyczne...
Kolejna wiazka luznych, zle posklejanych mysli... I pokorna prosba o niebaczenie na licha forme, bom jeno skromny tkacz ludzkich mysli....
Schoronieni w bezpiecznych ramach codziennej, zyciowej rutyny, nagle jej pozbawieni stajemy sie jak slimaki wyrwane ze swej skorupy. Juz od dziecka narzucony schemat ksztaltuje nasze mysli, nadaje kierunek i zwalnia z myslenia... Ot np. - najpierw szkola podstawowa, potem srednia, potem - jakas praca, albo studia i praca... Potem dom, rodzina, drzewo, pies, samochod (w dowolnej kolejnosci) i moze troche kustykania do lekarza na starosc.
Nasz wybor ogranicza sie jedynie do wyboru hobby (albo tez bierzemy to co najpopularniejesze na podworku//w kregu naszych znajomych//etc) i rodzaju nauki jaki chcemy pobierac (a i to nie zawsze). Tu pojawiają się pierwsze wątpliwosci - kiedy trzeba sie zmierzyc z samodzielnym wyborem... Pojawia sie uczucie jakby cos czailo sie w cieniu... poczucie odpowiedzialnosci za swoj los... i im wieksza swiadomosc siebie im bardziej rozbudowane self tym wiekszy lek...? W pewnym momencie ta z gory zdefiniowana droga przez edukacje urywa sie i nagle czujemy szarpniecie cugli kiedy wierzchowiec, ktory dotychczas jechal spokojnie robi sie narowisty.... pojawiaja sie rozstaje i trzeba wybrac jakas droge.... czasem wybor jest wiekszy, czasem mniejszy... i tu znowu... lek? ... niepewnosc?... niepokoj? Ale zaraz potem umacnia sie bezpieczna skorupa codziennych obowiazkow - posilek 3 razy dziennie, parokrotnie powtorzone zabiegi higieniczne, chwila czasu mniej lub bardziej bezmyslnie spedzonego przed telewizorem/komputerem, standardowe obowiazki w pracy (chyba ze ta wiaze sie z jakas kreatywnoscia...), a w szerszej skali czasu - znalezienie osoby z ktora poczujemy sie w miare dobrze (z wzajemnoscia oczywiscie; im lepiej chcemy sie poczuc tym dluzej przyjdzie nam poszukac), jakies dobra materialne (wlasny kat, srodek transportu), moze kilka wycieczek, ostatecznie dziecko//dzieci i wiele lat spedzonych na opiece/odkarmieniu/wyksztalceniu/pomocy w zyciowym starcie/wspieraniu przy kolejnych etapach zycia/etc. Gdzies tutaj konczy sie wreszcie rutyna... wytyczona powszechnie akceptowana sciezka... Gdzies tu nagle czlowiek ma mnostwo czasu i sam decyduje o sobie. I dbanie o dom, czy siebie nie zawsze wystarcza by zapelnic caly czas.... czlowiek staje sie mniej wiecej wolny... przynajmniej w swoich decyzjach... i co? czy nie jest tak, ze czesto poprosu sie gubi? ze gdy ostatecznie przychodzi mu zmierzyc sie z tym czajacym sie od dawna lekiem przed odpowiedzialnoscia za swoj los ludzie przegrywaja? doswiadczenie zgromadzone przez lata z pewnoscia pomaga... co z reguly sie dzieje? znajdywane sa inne rutynowo powtarzane obowiazki, zastepujace te poprzednie...
Pewnie znajda sie ludzie, ktorzy calkiem swiadomie wybieraja taki styl zycia - bo jest im z nim dobrze, bo czuja sie bezpiecznie... Sek w tym ilu tych ludzi bedzie? Ja twierdze, ze nie wielu...
ze tak naprawde malo kto z nas uswiadamia sobie, ze ma wybor i moze uczynic co tylko zechce, a nie to co wydaje mu sie jedyna droga... Bo przeciez niejeden miewa to przeczucie, ze jest cos jeszcze ponad te obrana i narzucana przez zycie droge...
Ze niekoniecznie trzeba budzic sie z rana by wypracowac dosc pieniedzy, by starczylo na to aby obudzic sie nastepnego dnia, by moc wypracowac dosc pieniedzy, by...
Czesto slyszy sie teze, ze czlowiek wsrod zwierzat wyroznia sie tym, ze jest inteligentniejszy. Patrzac na niektorych ludzi i niektore zwierzeta, az ciezko uwierzyc... Wiem, ze to kiepski dowod, ale intuicyjnie dosc sluszny.... Ludzie maja raczej srednia inteligencje, smiem twierdzic, ze szczury, slonie, albo delfiny moglyby stanac z nami w szranki.
Faktem jest, ze ludzie sam swiadomi samych siebie. I maja wolny wybor. Ze moga uczynic, co tylko zechca. Ograniczenia jakie odczuwaja wyplywaja wylacznie z ich wlasnych przekonan.
Decydowanie o wszystkim, wolna wola, wybor drogi - swiadomy i celowy, nadajcy ksztalt naszemu zyciu... czy to nie tego czesto nam brak? (posrod wielu innych rzeczy, oczywista ;P)
A akurat go mamy....
Podobnie zreszta jest ze swiadomym mysleniem... Przyjrzec sie czlowiekowi wystarczy, by zauwazyc jak czesto dziala jak mrowka - idac wytyczonym szlakiem, rzadko naprawde dzialajac swiadomie. Owszem - wie co robi i pamieta co robi. Ale nie zawsze jest swiadom. Czesto dziala automatycznie.
Wydaje sie, ze autorefleksja, analizowanie sytuacji.... ze gubimy swiadomosc przezywanych chwil... odrzucamy ja dla wygodniejszego automatyzmu... i rutyny.....
Wydaje sie tez, ze swiadomosc, inteligencja, czy inne przymioty "nienamacalne" wymagaja cwiczen i moga byc "usprawniane" podobnie jak atrybuty fizyczne...
Kolejna wiazka luznych, zle posklejanych mysli... I pokorna prosba o niebaczenie na licha forme, bom jeno skromny tkacz ludzkich mysli....
only music remains.... or scilence
I tylko muzyka zostaje by rytm myslom wybijac...
zwlaszcza kiedy w myslach zalegnie sie proznia, w miejscu swiadomosci na tysiac kawalkow rozprysnietej.... kiedys zlozy sie ponownie, jak zawsze to czynila (a moze bylo to tylko zludzenie, moze zawsze tak bylo?), teraz wiruje w deszczu lsniacym o brzegach postrzepionych.... wszystko jednak w jednej ramie, sladu nie widac... choc lusto rozbite, to zycie daje tysiacu luster, a kazde to mysl jedna w srebrnej tafli odbita... i jedna droga tysiacem sie staje, a kazda wiedzie w inna strone, choc do tego samego domu... szalenstwo z logika czule splecione... oko cyklonu i sam cyklon zlewajace sie w jedno.... uczucia i proznia... sprzecznosc ... az pozostaje tylko muzyka... i cisza...
zawsze brak jednego elementu... jednego kawalka by pozostale spoic..... zawsze czegos brak... albo i nie.. zmeczenie... budzenie sie przychodzi z trudem... zasypianie - z radoscia.... upadli wydaja sie najlepiej znac droge do raju ;P ... wtopic sie w rzeczywistosc... odrzucic ja....
"vicky? jaka vicky?"
zwlaszcza kiedy w myslach zalegnie sie proznia, w miejscu swiadomosci na tysiac kawalkow rozprysnietej.... kiedys zlozy sie ponownie, jak zawsze to czynila (a moze bylo to tylko zludzenie, moze zawsze tak bylo?), teraz wiruje w deszczu lsniacym o brzegach postrzepionych.... wszystko jednak w jednej ramie, sladu nie widac... choc lusto rozbite, to zycie daje tysiacu luster, a kazde to mysl jedna w srebrnej tafli odbita... i jedna droga tysiacem sie staje, a kazda wiedzie w inna strone, choc do tego samego domu... szalenstwo z logika czule splecione... oko cyklonu i sam cyklon zlewajace sie w jedno.... uczucia i proznia... sprzecznosc ... az pozostaje tylko muzyka... i cisza...
zawsze brak jednego elementu... jednego kawalka by pozostale spoic..... zawsze czegos brak... albo i nie.. zmeczenie... budzenie sie przychodzi z trudem... zasypianie - z radoscia.... upadli wydaja sie najlepiej znac droge do raju ;P ... wtopic sie w rzeczywistosc... odrzucic ja....
"vicky? jaka vicky?"
Tuesday, November 09, 2004
Keepers
Powiadaja ze opieke nad poszczegolnymi rejonami sprawowaly konkretne anioly, kazdy trzymal straz nad swoim terenem, jak aniol stroz nad osoba... Niewiele udalo mi sie wyczytac w tekstach i sam temat wymaga ode mnie duzo glebszej refleksji - i badan. Nigdy jednak nie znalazlem odpowiedzi na pytanie, ktore w zasadzie narzuca sie samo, a tyczy sie upadlych aniolow. W zadnym z tekstow nie znalazlem nawet wzmianki o tym, ze utracily one status opiekunow danego rejonu... Wiecej - porownujac ich domeny z obecnymi rejonami mozna szybko odkryc, ze sa to wlasnie te rejony, gdzie od wiekow panowal i panuje nadal zamet i zniszczenie. Brzmi to zlowieszczo... Ale rownie dobrze moze nic nie znaczyc... ot luzna refleksja... :)
W koncu swiat jest tym w co wierzymy, a u swej podstawy zostal utkany z dobra jeno...
W koncu swiat jest tym w co wierzymy, a u swej podstawy zostal utkany z dobra jeno...
Wednesday, October 27, 2004
To all those wondering where i've been :)
ALas! Let noone tell you you can have Windows for more than two months without reinstalling. I had that for 6 months and look at me!! :((((
Innymi słowy mówiąc, osiągnąłem szczyt szczytów., gdy po wykrzaczeniu się kompa, rozpaczliwej akcji ratunkowej pt. "moje dane, nie back-up'owane, w czasie przedinstalacyjnego formatowania winda się zawiesiła. Oczom nie wierzyłem... ale uparło się bydle i za nic w swiecie drgnąc nie raczyło...
Za to jakos Linux nie miał z tym problemów.... A co ciekawe, jak tylko winda wykryła Linuxa, natychmiast "nadpisała" go ... ja chce, to moze... :/
Jak ja kocham wTMiTMnTMdTMoTMwTMsTM
Pozdrawiam ya'all!!
Ethaniel Back is Black ;)
or as they say - co Cię nie zabije...
Innymi słowy mówiąc, osiągnąłem szczyt szczytów., gdy po wykrzaczeniu się kompa, rozpaczliwej akcji ratunkowej pt. "moje dane, nie back-up'owane, w czasie przedinstalacyjnego formatowania winda się zawiesiła. Oczom nie wierzyłem... ale uparło się bydle i za nic w swiecie drgnąc nie raczyło...
Za to jakos Linux nie miał z tym problemów.... A co ciekawe, jak tylko winda wykryła Linuxa, natychmiast "nadpisała" go ... ja chce, to moze... :/
Jak ja kocham wTMiTMnTMdTMoTMwTMsTM
Pozdrawiam ya'all!!
Ethaniel Back is Black ;)
or as they say - co Cię nie zabije...
Thursday, October 14, 2004
Nuka
Some things must come to an end.... one has reached its end today : (
Jedenascie lat i siedem miesiecy to godziwy wiek jak na psa, ale mimo wszystko jednak za malo, gdy trzeba patrzac na te wielkie oczy szukajace pomocy pogodzic sie z faktem, ze na takiego raka jaki toczy psie cialo jest tylko jedno lekarstwo .....
Jedenascie lat i siedem miesiecy to godziwy wiek jak na psa, ale mimo wszystko jednak za malo, gdy trzeba patrzac na te wielkie oczy szukajace pomocy pogodzic sie z faktem, ze na takiego raka jaki toczy psie cialo jest tylko jedno lekarstwo .....
Saturday, October 09, 2004
of metal
Dobyty z wnetrznosci ziemi w niej mam swoj poczatek, wraz z drewnem w kamien obroconym w wiecznym uscisku lacze sie przyjmujac ksztalt w ogniu, woda utrwala moja nature, objawiam swa istote przecinajac powietrze. Jestem metalem.
So the paths may cross
Itashe,
My message could have been sent too late and never reach you... but reality twists and turns and you might just come back here again... :) Thus i ask you to drop a line... and an e-mail address....or something to lock down on your position ;) Otherwise i'll have to spend some time on rearranging the strings of probability to bump into you someday :P
Regards!
My message could have been sent too late and never reach you... but reality twists and turns and you might just come back here again... :) Thus i ask you to drop a line... and an e-mail address....or something to lock down on your position ;) Otherwise i'll have to spend some time on rearranging the strings of probability to bump into you someday :P
Regards!
Sunday, October 03, 2004
Friday, October 01, 2004
Bloody Shocked :/
Dzis wracalem z uczelni, zblizam sie do Zielonej Bramy... albo Zlotej, bo zawsze mi sie myla (tej od strony LOT-u)... I co widze? Trzy wielgachne swastyki zawieszone przed brama, ona sama przyozdobiona podobnie, wszedzie choragiewki i flagi ze swastyka... Stanalem jak wryty... Wyciagnalem szyje i ponad glowami gapiow dostrzeglem dwa samochody z lat 30 - 40 minionego wieku, a wokol dzieci, mlodziez i dorosli w owczesnych mundurach Rzeszy.... Zdebialem jeszcze bardziej, a glowa zaczela szukac wyjasnienia tego - jakby nie patrzec - niecodziennego zjawiska... W zasadzie przychodzilo mi do glowy tylko jedno wyjasnienie - widac jest parada, z okazji jakiejs rocznicy... albo jakas neonazistowska organizacja cos uszykowala... ale przeciez podobna symbolika i manifestacje sa zakazane.. wiec co jest u licha?! Jakoze teren byl oplotkowany smignalem przez Zbrojownie na Dluga, tylko po to zeby natknac sie na kilka wycieczek Niemcow z szerokimi usmiechami komentujacych zjawisko przy bramie (wrrrrr.... mysle sobie, jakas wycieczka kombatantow, czy jak, i dla nich ta farsa?! nie moze byc...), zaraz potem catering - tu tez grupka panow w odpowiednich strojach ... no nie, aryjczycy sami, psia kocha i to same jezyki i lysi... 100% klimat Rzeszy...CO JEST !?.... dopchałem sie do kolejnej grupy gapiów i tam zauwazylem - samochody, kamery, ekipe filmowa - i tabliczke ze kreca "Wrozby Kumaka".... Chwile pozniej zaczela sie scena - i wtedy zdebialem po raz drugi.... Patrzac miedzy dwoma vanami wpatrywalem sie w owe dwa samochody, w pierwszym stal doskonale ucharakteryzowany na Hitlera aktor, wokół tłum dzieci, młodych i dorosłych - jasno brązowe uniformy, swastyka na ramieniu, choragiewka ze sfastyka w garsci, flagi na bramie.... Samochody ruszyly powoli do przodu, a caly tlum zaczal wydawac okrzyki po niemiecku... tuz obok mnie stalo dwoch Niemcow - jeden rzucil jakis komentarz, obaj sie zasmiali... a ja stalem na Dlugiej w 2004, ale wyobraznia w tym samym miejscu ponad 60 lat temu.... Czulem jak naplywa spokojnie, ale coraz silniej wiszaca w powietrzu fala przemieszanych emocji, zupelnie jakby odrywala sie od budynkow, ulic, chodnikow, w ktore wsiakla wiele, wiele lat temu... Euforia jednych i groza innych, przerazenie, ktore potem zamienilo sie w smierc, cierpienie przydepniete stalowym obcasem tryumfu wkraczajacych przez brame ludzi... witanych przez innych - im podobnych - juz czekajacych, juz gotowych by dobyc swoj gniew i pogarde...
brrr... wiem, wiem, to tylko moja wyobraznia, ale w tamtej chwili owa wyobraznia byla rownoczesnie tu i tam, a powietrze - albo raczej eter - wydawaly sie wibrowac od ludzkich mysli i emocji.... :/
Ale najbardziej wspolczuje wszystkim tym, ktorzy pamietali lata 30 i 40 i mieli pecha znalezc sie dzis na Dlugiej i przezyc to jeszcze raz :(
Zeby sie uspokoic - mimo wszystko wzburzyl mnie ten widok... zwlasza w obliczu naplywajacych w coraz wiekszej ilosci wiadomosci o reaktywacji nazistow niemieckich - i o zgrozo - rosnacym poparciu dla tej ideologii w naszym spoleczenstwie, szczegolnie wsrod mlodych, zafascynowanych porzadkiem, technika, struktura, czy owczesnymi pogladami naszych zachodnich sasiadow - polazilem sobie po starowce i przypomnial mi sie zupelnie inny klimat.... a konkretnie z Thief - The dark project... ceglane domy, brukowane ulice, mury, blanki, koscioly i katedry... przez sekunde czulem sie podobnie jak w czasach, ktorych namiastke zawarla w sobie ta swietna gra :).
A tak przy okazji - taki Kosciol Mariacki - zbudowany tylko z cegly (sic!), najwiekszy swego czasu w Europie i budowany ... ile? kolo 200 lat? Chcialbym zobaczyc teraz taki projekt, ktory potrwa dluzej niz kadencja jednej frakcji politycznej ;P
Pozdrawiam i zycze milego dnia i nocy milej :)
brrr... wiem, wiem, to tylko moja wyobraznia, ale w tamtej chwili owa wyobraznia byla rownoczesnie tu i tam, a powietrze - albo raczej eter - wydawaly sie wibrowac od ludzkich mysli i emocji.... :/
Ale najbardziej wspolczuje wszystkim tym, ktorzy pamietali lata 30 i 40 i mieli pecha znalezc sie dzis na Dlugiej i przezyc to jeszcze raz :(
Zeby sie uspokoic - mimo wszystko wzburzyl mnie ten widok... zwlasza w obliczu naplywajacych w coraz wiekszej ilosci wiadomosci o reaktywacji nazistow niemieckich - i o zgrozo - rosnacym poparciu dla tej ideologii w naszym spoleczenstwie, szczegolnie wsrod mlodych, zafascynowanych porzadkiem, technika, struktura, czy owczesnymi pogladami naszych zachodnich sasiadow - polazilem sobie po starowce i przypomnial mi sie zupelnie inny klimat.... a konkretnie z Thief - The dark project... ceglane domy, brukowane ulice, mury, blanki, koscioly i katedry... przez sekunde czulem sie podobnie jak w czasach, ktorych namiastke zawarla w sobie ta swietna gra :).
A tak przy okazji - taki Kosciol Mariacki - zbudowany tylko z cegly (sic!), najwiekszy swego czasu w Europie i budowany ... ile? kolo 200 lat? Chcialbym zobaczyc teraz taki projekt, ktory potrwa dluzej niz kadencja jednej frakcji politycznej ;P
Pozdrawiam i zycze milego dnia i nocy milej :)
Monday, September 27, 2004
A memory
Kiedys istaniala skadinad popularna instytucja Hyde Parkow w gazetach przeroznej masci; jak jest obecnie niestety nie wiem. Pamietam jak kiedys wyczytalem tam mysl o zyciu czlowieka - ze jestesmy jedynie iskrami zapalajacymi sie na krotko w ciemnosci, by szybko zgasnac. Pamietam tez swoja pierwsza, odruchowa wrecz mysl - ze tak naprawde jestesmy iskrami na moment jedynie odlaczajacymi sie od morza swiatla, by do swiatla powrocic.
Teraz z perspektywy czasu moge chyba tylko dodac, ze ciemnosci sa tylko tam i tylko wtedy, gdy sami je widzimy. ;)
Teraz z perspektywy czasu moge chyba tylko dodac, ze ciemnosci sa tylko tam i tylko wtedy, gdy sami je widzimy. ;)
of revolutions
Rewolucje... historia nie jest moją najmocniejszą stroną, więc tak sobie tylko "pogdybam".
Zastanawiam się jak czesto w historii bywalo tak, ze jakas klasa rzadzaca gnebila swoj nieszczesny lud (sytucja jak historia czlowieka stara, z nielicznym jeno wyjatkami) i zawsze znajdowalo sie paru idealistow/inelektualistow/romantykow/czy innej jeszcze zarazy ;), ktorzy stawali na czele umeczonego ludu, tylko po to, zeby sie przekonac o dwoch rzeczach - ze po pierwsze uciesniony lud ma ich idealy za nic (to w najlepszym przypadku), albo poprostu "gdzies" (to w tym troche gorszym) i jest tak naprawde jest rozbestwiona tluszcza - co szybko prowadzilo do rzezi niewinnych i zbyt glupich - az ostatecznie role kierowania calym interesem przejmowali dokladnie Ci, ktorzy zajmowali sie tym od poczatku, czyli wlasnie klasa rzadzaca (po pewnym odsianiu tych sposrod siebie, ktorzy za wolno sie adaptowali - no i glownych postaci ze swych szeregow), tylko, ze jesli wczesniej nazywali sie szlachta, to juz po calej rozrobie byli obywatelami, czy przyjmowali insza etykietka. A wszystko dlatego, ze idealy wypracowane w glowach ludzi bardziej swiadomych, rozwijajacych sie trafialy na grunt - jakim byly proste umysly - bardzo podatny na burzenie sie, ale niezbyt te idee pojmujacy - i tak naprawde kontorle nad tluszcza sprawowac mogli jedynie uprzedni wladcy - po zmianie barw oczywista. Pisze to, bo jak okiem siegnac, co rewolucja, to proba dania wolnosci komus tam, kto w ramach tej wolnosci sie rozbestwia, calkiem wbrew oczekiwaniom tworcom rewolucji, tak bardzo wierzacym w swych braci z ludu... lub inaczej mowiac - bardzo oderwanych od zycia ludzi ;). I rownoczesnie Ci, ktorzy byli na drugim szczeblu rzadzacym, z reguly trafiali na drugi szczebel kolejnej wladzy...
Ale jak mowilem - na historii się nie znam, to tylko luzne refleksje, historycznie niekoniecznie prawdziwe :).
Zastanawiam się jak czesto w historii bywalo tak, ze jakas klasa rzadzaca gnebila swoj nieszczesny lud (sytucja jak historia czlowieka stara, z nielicznym jeno wyjatkami) i zawsze znajdowalo sie paru idealistow/inelektualistow/romantykow/czy innej jeszcze zarazy ;), ktorzy stawali na czele umeczonego ludu, tylko po to, zeby sie przekonac o dwoch rzeczach - ze po pierwsze uciesniony lud ma ich idealy za nic (to w najlepszym przypadku), albo poprostu "gdzies" (to w tym troche gorszym) i jest tak naprawde jest rozbestwiona tluszcza - co szybko prowadzilo do rzezi niewinnych i zbyt glupich - az ostatecznie role kierowania calym interesem przejmowali dokladnie Ci, ktorzy zajmowali sie tym od poczatku, czyli wlasnie klasa rzadzaca (po pewnym odsianiu tych sposrod siebie, ktorzy za wolno sie adaptowali - no i glownych postaci ze swych szeregow), tylko, ze jesli wczesniej nazywali sie szlachta, to juz po calej rozrobie byli obywatelami, czy przyjmowali insza etykietka. A wszystko dlatego, ze idealy wypracowane w glowach ludzi bardziej swiadomych, rozwijajacych sie trafialy na grunt - jakim byly proste umysly - bardzo podatny na burzenie sie, ale niezbyt te idee pojmujacy - i tak naprawde kontorle nad tluszcza sprawowac mogli jedynie uprzedni wladcy - po zmianie barw oczywista. Pisze to, bo jak okiem siegnac, co rewolucja, to proba dania wolnosci komus tam, kto w ramach tej wolnosci sie rozbestwia, calkiem wbrew oczekiwaniom tworcom rewolucji, tak bardzo wierzacym w swych braci z ludu... lub inaczej mowiac - bardzo oderwanych od zycia ludzi ;). I rownoczesnie Ci, ktorzy byli na drugim szczeblu rzadzacym, z reguly trafiali na drugi szczebel kolejnej wladzy...
Ale jak mowilem - na historii się nie znam, to tylko luzne refleksje, historycznie niekoniecznie prawdziwe :).
Saturday, September 25, 2004
distance
Jak wielka jest droga
miedzy wiedza, a zrozumieniem
miedzy zrozumieniem, a uswiadomieniem sobie,
miedzy swiadomoscia, a uwierzeniem,
miedzy wiara, a poczuciem czegos,
Tak wiele krokow miedzy dowiedzeniem sie ze cos istnieje, a poznaniem natury owego.
Choc czasem jest to tylko jeden krok. A czasem droga bez konca. :)
oj bredze, bredze ... ;P
30 pazdziernika (sierpnia, sierpnia of course :D) w powietrzu poczulem pierwszy raz w ym roku zapach jesieni... jeszcze spleciony z zapachem lata w powitalnym uscisku..... dzis zas powietrze wypelnia zapach chlodu i wilgoci, martwych lisci gnijacych w kaluzach, na przemian z zapachem suchych lisci szeleszczacych posrod schnacych traw.... jakis czas temu temu byl jeden taki dzionek kiedy zapach w powietrzu byl niczym suszonych ziol w drewnianej chacie... ale to byl tylko jeden bodajze taki cieply dzien.... od czasu do czasu powiew wiatru przynosi obietnice zaduszek i zapachu zniczy posrod woni palonych lisci.... ot, jesien :)
miedzy wiedza, a zrozumieniem
miedzy zrozumieniem, a uswiadomieniem sobie,
miedzy swiadomoscia, a uwierzeniem,
miedzy wiara, a poczuciem czegos,
Tak wiele krokow miedzy dowiedzeniem sie ze cos istnieje, a poznaniem natury owego.
Choc czasem jest to tylko jeden krok. A czasem droga bez konca. :)
oj bredze, bredze ... ;P
30 pazdziernika (sierpnia, sierpnia of course :D) w powietrzu poczulem pierwszy raz w ym roku zapach jesieni... jeszcze spleciony z zapachem lata w powitalnym uscisku..... dzis zas powietrze wypelnia zapach chlodu i wilgoci, martwych lisci gnijacych w kaluzach, na przemian z zapachem suchych lisci szeleszczacych posrod schnacych traw.... jakis czas temu temu byl jeden taki dzionek kiedy zapach w powietrzu byl niczym suszonych ziol w drewnianej chacie... ale to byl tylko jeden bodajze taki cieply dzien.... od czasu do czasu powiew wiatru przynosi obietnice zaduszek i zapachu zniczy posrod woni palonych lisci.... ot, jesien :)
of loneliness
Wielkie pragnienia drzemia w czlowieku.... Wydaje sie ze jednym z nich jest potrzeba tworzenia wiezi z innymi... Czlowiek jest istota spoleczna, stadna, nawet samotnicy potrzebuja ludzi, aby moc w ich otoczeniu tworzyc swe poglady, wzbogacac sie, czy chociazby uksztaltowac za mlodu...
A mimo to pozostajemy wiezniami wlasnych ograniczen, z ktorych najgorszym chyba jest znaczenie...
Juz nasze ciala, oparte jedynie na zmyslach, zlezne od czulosci i jakosci tychze, moga okazac sie zwodnicze... a przeciez nie tylko fizyczny kontakt (i to nie koniecznie sex) jest na bardzo potrzebny... Psychika rwie sie do innych ludzi, do budowania wiezi... a przeciez na drodze stoi tak wiele przeszkod - ot chocby my sami, zamknieci przeciez w srodku... Gleboko, przy samym jadrze swego istnienia czlowiek wydaje sie byc sam. Nie ma tam innego czlowieka, zaden tam nie dotrze, choc mozemy mu opisac co sie dzieje w naszym wnetrzu.... ale gleboko w srodku i tak bedziemy sami....choc niekoniecznie samotni ;)
Caly swiat jakim jest czlowiek... nie caly WSZECHSWIAT jakim jest istota ludzka zamkniety w materialnej skorupie zmyslow, gdzie jedynym sposobem na przekazanie tego co wewnatrz jest jedynie nosnik fizyczny, materialny... i jakze niedoskonaly... czy bedzie to slowo utrwalone na jakim nosniku, czy wyraz artystyczny.. muzyka, malarstwo... sztuka... przelewamy znaczenie jakiejs rzeczy, ktora mamy w sobie na symbol, ktory w naszej swiadomosci tejze rzeczy odpowiada.... mowimy np. stol...
a ktos z naszego otoczenia, nawet najblizsza nam osoba, patrzy na ten symbol i widzac go, slyszac, etc - przywoluje to znaczenie, ktore jest z owym powiazane... i jesli np. pochodzi z japonii.. to juz samo uwarunkowanie kulturowe sprawi ze moze "zobaczyc" zupelnie inny stol niz ten jaki my mamy na mysli... a co dopiero z rzeczami abstrakcyjnymi, jak milosc, czy radosc, czy wscieklosc... wypelniaja nas a mimo to jedyne co laczy nas ludzi to materialne wiezi poprzez swiat fizyczny...
ja czuje/mysle - przekladam na symbol materialny (dzwiek/obraz) - ktos postrzega i czuje/mysli....
zadnego sposobu by nawiazac bezposredni kontakt miedzy myslami, miedzy ideami, miedzy sercami...jeno wielki wysilek, by *pojac* co skrywa dany symbol dla kogos, jakie sa w tym roznice miedzy nami, nawet te najdrobniejsze moga wiele zmieniac...
w tym sensie jak sadze, w swoim wnetrzu kazdy pozostaje sam..
Ale mimo wszystko, choc zdawalo by sie, ze postrzeganie swiata jest wylacznie subiektywne, to pomijajac definicje fragmentow rzeczywistosci jakie nadaje nam kultura, w ktorej wyrastamy, to wiele przeciez odczuc jest nam, ludziom, wspolnych na przestrzeni wiekow, jak swiat dlugi i szeroki.... czy moze jednak istnieja wiezi siegajace ponad subiektywnosc? czy sa powody dla ktorych np. uczucia roznia sie jedynie zindywidualizowanym odcieniem, ale ich rdzen jest nam wszystkim wspolny...?
Jedno jest dla mnie pewne - wiele mozna by jeszcze w tym temacie powiedziec, ale poki jestesmy ograniczeni wiezami materii, puty bedziemy sami... wierze jednak, ze nasze, zdaloby sie wielece nieraz kruche wiezi psychiczne, sa zakorzenione w sferze poza materie wykraczajacej... moze sferze ducha, mniejsza o nazwe... grunt, ze wspolne mianowniki jakie lacza rodzaj ludzki - od barbarzyncy po swietego, od wojownika, po naukowca - byc moze sa zasadzone w plaszczyznie wspolnej nam wszystkim, plaszczyznie, gdzie nasze swiaty na codzien obleczone w nasze swiadome i nieswiadome mysli, zamkniete w skorupach naszych cial sa w stanie sie laczyc, tak jak dotyk laczy nas na pewien czas w sferze materii.
Ja przynajmniej w to wierze, a pewien rodzaj wiary potrafi zbudowac caly swiat ... nawet jesli bedzie on na grzbiecie bardzo malenkiego zolwika :)
A mimo to pozostajemy wiezniami wlasnych ograniczen, z ktorych najgorszym chyba jest znaczenie...
Juz nasze ciala, oparte jedynie na zmyslach, zlezne od czulosci i jakosci tychze, moga okazac sie zwodnicze... a przeciez nie tylko fizyczny kontakt (i to nie koniecznie sex) jest na bardzo potrzebny... Psychika rwie sie do innych ludzi, do budowania wiezi... a przeciez na drodze stoi tak wiele przeszkod - ot chocby my sami, zamknieci przeciez w srodku... Gleboko, przy samym jadrze swego istnienia czlowiek wydaje sie byc sam. Nie ma tam innego czlowieka, zaden tam nie dotrze, choc mozemy mu opisac co sie dzieje w naszym wnetrzu.... ale gleboko w srodku i tak bedziemy sami....choc niekoniecznie samotni ;)
Caly swiat jakim jest czlowiek... nie caly WSZECHSWIAT jakim jest istota ludzka zamkniety w materialnej skorupie zmyslow, gdzie jedynym sposobem na przekazanie tego co wewnatrz jest jedynie nosnik fizyczny, materialny... i jakze niedoskonaly... czy bedzie to slowo utrwalone na jakim nosniku, czy wyraz artystyczny.. muzyka, malarstwo... sztuka... przelewamy znaczenie jakiejs rzeczy, ktora mamy w sobie na symbol, ktory w naszej swiadomosci tejze rzeczy odpowiada.... mowimy np. stol...
a ktos z naszego otoczenia, nawet najblizsza nam osoba, patrzy na ten symbol i widzac go, slyszac, etc - przywoluje to znaczenie, ktore jest z owym powiazane... i jesli np. pochodzi z japonii.. to juz samo uwarunkowanie kulturowe sprawi ze moze "zobaczyc" zupelnie inny stol niz ten jaki my mamy na mysli... a co dopiero z rzeczami abstrakcyjnymi, jak milosc, czy radosc, czy wscieklosc... wypelniaja nas a mimo to jedyne co laczy nas ludzi to materialne wiezi poprzez swiat fizyczny...
ja czuje/mysle - przekladam na symbol materialny (dzwiek/obraz) - ktos postrzega i czuje/mysli....
zadnego sposobu by nawiazac bezposredni kontakt miedzy myslami, miedzy ideami, miedzy sercami...jeno wielki wysilek, by *pojac* co skrywa dany symbol dla kogos, jakie sa w tym roznice miedzy nami, nawet te najdrobniejsze moga wiele zmieniac...
w tym sensie jak sadze, w swoim wnetrzu kazdy pozostaje sam..
Ale mimo wszystko, choc zdawalo by sie, ze postrzeganie swiata jest wylacznie subiektywne, to pomijajac definicje fragmentow rzeczywistosci jakie nadaje nam kultura, w ktorej wyrastamy, to wiele przeciez odczuc jest nam, ludziom, wspolnych na przestrzeni wiekow, jak swiat dlugi i szeroki.... czy moze jednak istnieja wiezi siegajace ponad subiektywnosc? czy sa powody dla ktorych np. uczucia roznia sie jedynie zindywidualizowanym odcieniem, ale ich rdzen jest nam wszystkim wspolny...?
Jedno jest dla mnie pewne - wiele mozna by jeszcze w tym temacie powiedziec, ale poki jestesmy ograniczeni wiezami materii, puty bedziemy sami... wierze jednak, ze nasze, zdaloby sie wielece nieraz kruche wiezi psychiczne, sa zakorzenione w sferze poza materie wykraczajacej... moze sferze ducha, mniejsza o nazwe... grunt, ze wspolne mianowniki jakie lacza rodzaj ludzki - od barbarzyncy po swietego, od wojownika, po naukowca - byc moze sa zasadzone w plaszczyznie wspolnej nam wszystkim, plaszczyznie, gdzie nasze swiaty na codzien obleczone w nasze swiadome i nieswiadome mysli, zamkniete w skorupach naszych cial sa w stanie sie laczyc, tak jak dotyk laczy nas na pewien czas w sferze materii.
Ja przynajmniej w to wierze, a pewien rodzaj wiary potrafi zbudowac caly swiat ... nawet jesli bedzie on na grzbiecie bardzo malenkiego zolwika :)
Monday, September 13, 2004
Warlords 2
Ciekawe czy ktos jeszcze pamięta tę grę :P. Chyba tylko Ty mosci Kadraku...ach te godziny spędzone przed monitorem starego 486 SX...
Dzis specjalnie dla zapalencow militarystycznych i nie tylko ;) (tak, to o Was Inogici :P, przypomniało mi się to co poniżej wstukuję własnie w Hetmanie na Twoim jakze specjalnym dla Ciebie wieczorze BenEdict'cie :D) Zeby nie psuc zabawy - tlumaczenia sa pod cyctatami, ale ... na czarno :P
"War is a natural extention of nature" Greenbow
wojna jest naturalnym rozszerzeniem przyrody
"War is a brain-spattering windpipe-splitting art" Lord Byron
:))))))
"War is nothing more than the continuation of politics by other means" Karl van Clausewitz
Wojna to nic innego, jak kontynuacja polityki przy pomocy innych srodków
"War is only a cowardly escape from the problems of peace" Thomas Mann
wojna jest jedynie tchórzliwą ucieczką przed problemami pokoju
"As long as there are sovereign nations possesing great power, war is inevitable" Albert Einstain
tak długo jak istnieją suwerenne narody posiadajace wielka sile, wojna jest nieunikniona
"We go to gain a little patch of ground. That hath in it no profit but the name" William Shakespear
Idziemy zdobyc mały skrawek ziemi, Nie ma w tym zadnego zysku, poza nazwa
"A short, decisive war is one of the most antient and dangerous of human illusions" Robert Lynd
Szybka, rozstrzygające wojna jest jedną z najstarszych i niebezpiecznych ludzkich iluzji
"We are at great disadvantage when we make war on people who have nothing to lose" Francesco Guicciardini
jestesmy w bardzo niekorzystnej sytuacji gdy wypowiadamy wojne ludziom, którzy nie mają nic do stracenia
"Oh, the brave Music of a distant Drum!" Edward Fitzgerald
O! Dzielna muzyko odległego bębna!
"How good bad music and bad reasons sound when we march against an enemy" Friedrich Nietzsche
Jak dobrze brzmią zła muzyka i złe powody, gdy maszerujemy na wroga
"Lo! Thy dread empire, Chaos! is restored" Alexander Pope
:)))))
"History shows that there are no invincible armies" Josef Stalin
Historia dowodzi, ze nie istnieją niepokonane armie
"War is elevating because the individual disappears before the great conception of state" Heinrich von Treitschke
Wojna jest rzeczą wzniosłą bowiem zanika jednostka w obliczu wielkiej koncepcji państwa
"The inevitablness, the idealism, and the blessing of war" Friedrich von Bernhardi
Nieuniknionosc, idealizm i błogosławieństwo wojny
"As long as war is regarded as wicked, it will always have its fascination" Oscar Wilde
tak długo jak wojna uznawana jest za nikczemną zawzse będzie fascynować
"What we gain by war is all that we should have lost without it" William Pitt
dzieki wojnie zyskujemy wszystko to co powinismy utracic bez niej
"Force and fraud are in war the two cardinal virtues" Thomas Hobbes
sila i oszustwo są podczas wojny dwiema głównymi cnotami
"The purpose of all war is peace" Sain Augustin
celem kazdej wojny jest pokój
"War has become a luxury only small nations can afford" Hannah Arendt
wojna stała się luksusem, na który mogą sobie pozwolić jedynie małe narody
Dzis specjalnie dla zapalencow militarystycznych i nie tylko ;) (tak, to o Was Inogici :P, przypomniało mi się to co poniżej wstukuję własnie w Hetmanie na Twoim jakze specjalnym dla Ciebie wieczorze BenEdict'cie :D) Zeby nie psuc zabawy - tlumaczenia sa pod cyctatami, ale ... na czarno :P
"War is a natural extention of nature" Greenbow
wojna jest naturalnym rozszerzeniem przyrody
"War is a brain-spattering windpipe-splitting art" Lord Byron
:))))))
"War is nothing more than the continuation of politics by other means" Karl van Clausewitz
Wojna to nic innego, jak kontynuacja polityki przy pomocy innych srodków
"War is only a cowardly escape from the problems of peace" Thomas Mann
wojna jest jedynie tchórzliwą ucieczką przed problemami pokoju
"As long as there are sovereign nations possesing great power, war is inevitable" Albert Einstain
tak długo jak istnieją suwerenne narody posiadajace wielka sile, wojna jest nieunikniona
"We go to gain a little patch of ground. That hath in it no profit but the name" William Shakespear
Idziemy zdobyc mały skrawek ziemi, Nie ma w tym zadnego zysku, poza nazwa
"A short, decisive war is one of the most antient and dangerous of human illusions" Robert Lynd
Szybka, rozstrzygające wojna jest jedną z najstarszych i niebezpiecznych ludzkich iluzji
"We are at great disadvantage when we make war on people who have nothing to lose" Francesco Guicciardini
jestesmy w bardzo niekorzystnej sytuacji gdy wypowiadamy wojne ludziom, którzy nie mają nic do stracenia
"Oh, the brave Music of a distant Drum!" Edward Fitzgerald
O! Dzielna muzyko odległego bębna!
"How good bad music and bad reasons sound when we march against an enemy" Friedrich Nietzsche
Jak dobrze brzmią zła muzyka i złe powody, gdy maszerujemy na wroga
"Lo! Thy dread empire, Chaos! is restored" Alexander Pope
:)))))
"History shows that there are no invincible armies" Josef Stalin
Historia dowodzi, ze nie istnieją niepokonane armie
"War is elevating because the individual disappears before the great conception of state" Heinrich von Treitschke
Wojna jest rzeczą wzniosłą bowiem zanika jednostka w obliczu wielkiej koncepcji państwa
"The inevitablness, the idealism, and the blessing of war" Friedrich von Bernhardi
Nieuniknionosc, idealizm i błogosławieństwo wojny
"As long as war is regarded as wicked, it will always have its fascination" Oscar Wilde
tak długo jak wojna uznawana jest za nikczemną zawzse będzie fascynować
"What we gain by war is all that we should have lost without it" William Pitt
dzieki wojnie zyskujemy wszystko to co powinismy utracic bez niej
"Force and fraud are in war the two cardinal virtues" Thomas Hobbes
sila i oszustwo są podczas wojny dwiema głównymi cnotami
"The purpose of all war is peace" Sain Augustin
celem kazdej wojny jest pokój
"War has become a luxury only small nations can afford" Hannah Arendt
wojna stała się luksusem, na który mogą sobie pozwolić jedynie małe narody
Miss
"Katarzyna będzie reprezentować Polskę podczas międzynarodowego konkursu piękności - Miss World 2004, który w tym roku odbędzie się w Chinach.
Nowa miss ma 19 lat. Jest studentką Kulturoznawstwa w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu. Swoją przyszłość wiąże z pracą w mediach. Lubi taniec i aerobik. Marzy o zwiedzeniu miejsc, o których czytała tylko w książkach. Wzrost 173 cm. Wymiary: 84-64-90.
Pierwszą vice Miss została 19-letnia Marta Kossakowska z Bydgoszczy - najwyższa ze wszystkich kandydatek - mierząca 184 cm wzrostu.
Tytuł II Vice Miss otrzymała 19-letnia, Justyna Babińska z Wierzbięcina."
To z wp.... a konkretnie z http://gwiazdy.wp.pl/kat,16093,wid,5751001,wiadomosc.html?_err=1&ticket=3900961110991895XzItUj%2BFn54tSr4QkKV8BMihd4uiOhnddPDwM7mTb%2B0srqE%2BY6GP4eWI8gZRXIKwAkPEvDvfbQTe5O8fEt24uxaa3KFu9VKmkC0lxs4%2BnJua73UpHvYGBUjQKaFOp61n
Trzy rzeczy, które rzuciły mi się w oczy -
1) Wszystkie panie to dziewiętnastki (kiedys, za moich czasow [khe, khe]) były starsze ;P)
2) Miss Swiata w Chinach.... o mamo...
3) - i z to mnie zawsze zwala z nog - wytłuszczony text - Cos o niej, jej zainteresowaniach, marzeniach, i ..... jej wymiary. W jednym akapicie. :D
Nowa miss ma 19 lat. Jest studentką Kulturoznawstwa w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu. Swoją przyszłość wiąże z pracą w mediach. Lubi taniec i aerobik. Marzy o zwiedzeniu miejsc, o których czytała tylko w książkach. Wzrost 173 cm. Wymiary: 84-64-90.
Pierwszą vice Miss została 19-letnia Marta Kossakowska z Bydgoszczy - najwyższa ze wszystkich kandydatek - mierząca 184 cm wzrostu.
Tytuł II Vice Miss otrzymała 19-letnia, Justyna Babińska z Wierzbięcina."
To z wp.... a konkretnie z http://gwiazdy.wp.pl/kat,16093,wid,5751001,wiadomosc.html?_err=1&ticket=3900961110991895XzItUj%2BFn54tSr4QkKV8BMihd4uiOhnddPDwM7mTb%2B0srqE%2BY6GP4eWI8gZRXIKwAkPEvDvfbQTe5O8fEt24uxaa3KFu9VKmkC0lxs4%2BnJua73UpHvYGBUjQKaFOp61n
Trzy rzeczy, które rzuciły mi się w oczy -
1) Wszystkie panie to dziewiętnastki (kiedys, za moich czasow [khe, khe]) były starsze ;P)
2) Miss Swiata w Chinach.... o mamo...
3) - i z to mnie zawsze zwala z nog - wytłuszczony text - Cos o niej, jej zainteresowaniach, marzeniach, i ..... jej wymiary. W jednym akapicie. :D
Thursday, September 09, 2004
nine one one
Jedenasty wrzesnia. IX. 11. 911. The emergency number in the USofA.... funny coincidence...
Sunday, September 05, 2004
The Past
Przeszłosc jest jedynie kolorowym pylem, ktory omiata nas. Wdychamy go upajajac sie jego wizjami. Ale przeszlosc tak naprawde jest martwa.
Choc moze byc nam nauczycielem; bywa ze jest jak narkotyk
Choc moze byc nam nauczycielem; bywa ze jest jak narkotyk
Thursday, August 19, 2004
A warm place for You
Aby było gdzie mysli swe spisac, pomysl, czy wrazenie - ten post i jego komentarze sa wlasnie po to - by dorzucic cos od siebie, czego jeszcze tutaj nie ma :)
Quote
Korwin Mikke rzekł:
"Jestem przeciwny aborcji, bo jak pokazuje życie wyskrobano nie tych co trzeba"
"Jestem przeciwny aborcji, bo jak pokazuje życie wyskrobano nie tych co trzeba"
Tuesday, August 17, 2004
Public Transport Surprise
Jade sobie tramwajem, dwa miejsca obok siedzi czlowiek ktorego won wykonczyla by co delikatniejsze nozdrza... Dwa przystanki dalej on wysiada, na jego zas miejscu, na nastepnym przystanku, umejscawia sie elegancko odziany, wyperfumowany mlodzieniec. Transport publiczny ma swoj urok - pomiajac brak czystosci ( o dewastacji nie wspominam, bo to wina pasazerow bez wyobrazni... :/) nigdy nie wiadomo kto w danym miejscu siedzial przed Toba ;). Ciekawe czy swiadomosc faktu, ze czlowiek, ktory przesiakl kwasnym zapachem wielotygodniowego potu, odorem moczu i kalu, przesiadywal (albo mogl siedziec) na danym miejscu sklanial by wszystkich tych ludzi za wszelka cene probujacych dostrzec cos niezmiernie ciekawego za tramwajowa szyba do szybszego ustepowania miejsca ;P
Stolen thoughts
Niedawno w rozmowie z Lilith (ktora pewnie i tak tu nie trafi :P) uslyszalem kilka ciekawych mysli;dwie z nich spisuje tutaj aby nie zaginely w otchlaniach niepamieci i moze sie potomnym przydaly ;P.
Pierwsza dotyczy zwierzakow - I tak - psy zawsze trzymaja sie blisko czlowieka, wierne mu, strzega go na rozne sposoby; sa niczym pierwsza linia obrony. Koty, choc chadzaja wlasnymi sciezkami, chadzaja nimi blisko czlowieka - nie za blisko, ale tez nie oddalaja sie zbytnio - niemalze jak druga, troche bardziej samodzielna linia obrony... W wodzie sa zas delfiny (od nich to zreszta zaczela sie rozmowa, a dokladnie od incydentu jaki niedawno mial miejsce :( [*] ) gotowe poswiecic swe zycie dla ratowania czlowieka. Pomijajac to ze sa na swiecie zwierzaki (nie tylko te wymienione tutaj) ktore nie wiedziec czemu nas strzega, pilnuja i o nas dbaja, to ciekawym pomyslem bylo, ze byc moze delfiny stanowia pozostalosc po ludziach zyjacych w morzu...na morzu, badz z morzem zwiazanych.
Druga mysl zainspirowana byla nastepujacym lancuchem skojarzen - dzien wczesniej wspominalem z kumplem z zespolu (pozdrowienia Kuba :)) ostatni odcinek Czarnej Zmiji... [poruszajace bylo to ze pomimo tylu prob wymigania sie, gdy przyszlo stanac do boju ruszyli oni na pewna smierc...a potem to przejscie - zasnute dymem i mgla okopy z I wojny swiatowej.. i znajdujaca sie w tym miejscu obecnie kwiecista laka....], dnia zas nastepnego zobaczylem podskakujacy na krzywych szynach jednowagonowy tramwaj - jedna z najnowszych atrakcji turystycznych (ponoc w Poznaniu wszystkie sa takie, a ten u nas to taka cyklopia rewelacja, ze ho ho ;)) rodem z pocztowek sprzed wojny... I tak pomyslalem sobie patrzac na niego, ze w sumie ta wojna tak dawno to nie byla... a juz w zasadzie pamiec o niej zatarta... a i ludzie rzadko do niej myslami wracaja (pomijam swieta narodowe...ale i tu chyba bywa roznie). W kazdym razie przyszlo mi do glowy, ze przeciez tu gdzie teraz stoje byly toczone walki, kule przecinaly powietrze, wybuchaly pociski, gineli ludzie... a teraz - sielanka, trawka rosnie, sloneczko swieci... dziwne uczucie :/ A teraz cytat z tej rozmowy "No, a teraz wsiada do tramwaju taki dresik, czy inny skejt, nogi rozwala i rzuca tekstem do staruszkow - jakbyscie dorastali w takich ciezkich warunkach jak my to byscie ....[tu stosowne roszczenia mlodszego pokolenia]".... i pomyslec, ze Ci mlodzieniaszkowie zwracaja sie tak do ludzi, ktorzy dorastali w czasach wojny i powojennych :/
I tu moj uklon w strone Lilith, bo uswiadomila mi cos, o czym chyba rzadko sie mysli - ze Ci staruszkowie (czesto niestety zniewazani, badz marginalizowani) przezyli trudy powojennej Polski... i chocby za to - szacunek.
To tak pol zartem, pol serio, bo i temat powazny, ale i komiczny - widziec te zblazowane, skupione na drobnostkach i malostkowosci mlode dusze, tak bardzo przekonane o wielosci swych trudow. Czesto wrecz obnoszacych sie z nimi... Nie twierdze od razu, ze ludziom zyje sie teraz lekko. Szacunek dla kazdego z problemow, bo najwet najblahszy, moze byc wystarczajacym by dobic czlowieka. Tyle, ze to smutne, jak szybko sie zapomina i jak latwo sie lekcewazy duzo wieksze trudy innych. Pokora nie jest juz trendy :P.
Pozdrawiam wszystkich, ktorzy tu zawitali, ze szczegolnym uwzglednieniem cierpliwie czekajacych :D.
ps. polskich znakow nie ma, bo komp odmowil wspolpracy :/
Pierwsza dotyczy zwierzakow - I tak - psy zawsze trzymaja sie blisko czlowieka, wierne mu, strzega go na rozne sposoby; sa niczym pierwsza linia obrony. Koty, choc chadzaja wlasnymi sciezkami, chadzaja nimi blisko czlowieka - nie za blisko, ale tez nie oddalaja sie zbytnio - niemalze jak druga, troche bardziej samodzielna linia obrony... W wodzie sa zas delfiny (od nich to zreszta zaczela sie rozmowa, a dokladnie od incydentu jaki niedawno mial miejsce :( [*] ) gotowe poswiecic swe zycie dla ratowania czlowieka. Pomijajac to ze sa na swiecie zwierzaki (nie tylko te wymienione tutaj) ktore nie wiedziec czemu nas strzega, pilnuja i o nas dbaja, to ciekawym pomyslem bylo, ze byc moze delfiny stanowia pozostalosc po ludziach zyjacych w morzu...na morzu, badz z morzem zwiazanych.
Druga mysl zainspirowana byla nastepujacym lancuchem skojarzen - dzien wczesniej wspominalem z kumplem z zespolu (pozdrowienia Kuba :)) ostatni odcinek Czarnej Zmiji... [poruszajace bylo to ze pomimo tylu prob wymigania sie, gdy przyszlo stanac do boju ruszyli oni na pewna smierc...a potem to przejscie - zasnute dymem i mgla okopy z I wojny swiatowej.. i znajdujaca sie w tym miejscu obecnie kwiecista laka....], dnia zas nastepnego zobaczylem podskakujacy na krzywych szynach jednowagonowy tramwaj - jedna z najnowszych atrakcji turystycznych (ponoc w Poznaniu wszystkie sa takie, a ten u nas to taka cyklopia rewelacja, ze ho ho ;)) rodem z pocztowek sprzed wojny... I tak pomyslalem sobie patrzac na niego, ze w sumie ta wojna tak dawno to nie byla... a juz w zasadzie pamiec o niej zatarta... a i ludzie rzadko do niej myslami wracaja (pomijam swieta narodowe...ale i tu chyba bywa roznie). W kazdym razie przyszlo mi do glowy, ze przeciez tu gdzie teraz stoje byly toczone walki, kule przecinaly powietrze, wybuchaly pociski, gineli ludzie... a teraz - sielanka, trawka rosnie, sloneczko swieci... dziwne uczucie :/ A teraz cytat z tej rozmowy "No, a teraz wsiada do tramwaju taki dresik, czy inny skejt, nogi rozwala i rzuca tekstem do staruszkow - jakbyscie dorastali w takich ciezkich warunkach jak my to byscie ....[tu stosowne roszczenia mlodszego pokolenia]".... i pomyslec, ze Ci mlodzieniaszkowie zwracaja sie tak do ludzi, ktorzy dorastali w czasach wojny i powojennych :/
I tu moj uklon w strone Lilith, bo uswiadomila mi cos, o czym chyba rzadko sie mysli - ze Ci staruszkowie (czesto niestety zniewazani, badz marginalizowani) przezyli trudy powojennej Polski... i chocby za to - szacunek.
To tak pol zartem, pol serio, bo i temat powazny, ale i komiczny - widziec te zblazowane, skupione na drobnostkach i malostkowosci mlode dusze, tak bardzo przekonane o wielosci swych trudow. Czesto wrecz obnoszacych sie z nimi... Nie twierdze od razu, ze ludziom zyje sie teraz lekko. Szacunek dla kazdego z problemow, bo najwet najblahszy, moze byc wystarczajacym by dobic czlowieka. Tyle, ze to smutne, jak szybko sie zapomina i jak latwo sie lekcewazy duzo wieksze trudy innych. Pokora nie jest juz trendy :P.
Pozdrawiam wszystkich, ktorzy tu zawitali, ze szczegolnym uwzglednieniem cierpliwie czekajacych :D.
ps. polskich znakow nie ma, bo komp odmowil wspolpracy :/
Friday, July 09, 2004
Always the best
Konkursy, zawody, rywalizacja. W zamyśle stworzone by uszlachetniać, by mobilizować potencjał jednostki i selekcjonować najlepszych, później uwielbianych, gloryfikowanych i stawianych za wzór dla innych przystępujących do współzawodnictwa. Gdy jest to zabawa, to liczy się sam fakt uczestnictwa, a gdy jest to życie?
Jest nas wielu, każdy zwycięzca to wiele przegranych, na jedną radość przypada wiele więcej smutku. Pod tym względem wydajemy się niczym nie różnić od świata przyrody, gdzie nasz podziw zyskuje każde piękne drzewo, które wszak wyrosło za cenę śmierci wszystkich swych braci, gdy zabierało im dostęp do światła. Tylko najlepsi przeżywają. [to myśl zaczerpnięta poniekąd od Terry'ego Goodkinda z cyklu Miecz Prawdy - który zresztą bardzo polecam, szczególnie jak się lubi literaturę fantasy - ale chyba i Skatman {ktoś jeszcze pamięta kto to był? ;)},i paru innych z pewnością, o tym brzdąkał]
A ponoć jeszcze są ludzie, którzy wierzą, że wyrośliśmy ponad ewolucyjną walkę, że selekcja debeściaków to coś od czego się odcięliśmy...
Konkursy na stanowisko, konkurencje, teleturnieje, egzaminy z limitem miejsc, dostęp do zasobów, presja na to, żeby firma była NAJlepsza i miała NAJlepszych specjalistów i oferowała NAJlepszy produkt i w końcu ktoś jest NAJlepszy, ale jest to oznacza, że są też Ci, którzy są gorsi, którzy przegrali - i tych jest dużo więcej.
Potem każdy z nas bombardowany zewsząd słyszy tylko to NAJ i zaczyna też owego NAJ oczekiwać, dążyć do niego, aż NAJ staje się dla niektórych obsesją, a dla innych powodem frustracji, czy smutku. I spirala nakręca się, NAJ chwyta w swe szpony... A przecież tylko jedna rzecz może być NAJ, nas zaś i rzeczy, które tworzymy (czy jak powiedział by filozof - bytów) jest tak wiele...
Czy nie jest przyjemnie dostrzec wartość każdej rzeczy, jaka by ona nie była?
Smutne jest społeczeństwo stające w każdej dziedzinie życia do Wielkiego Wyścigu o NAJ. Ciężko jest znaleźć szczęście tak właśnie przeżywając życie... Tak sądzę, choć może są tacy, którzy myślą inaczej - w końcu żyjemy właśnie w TAKICH realiach.
Cieszę się tym co jest. Wszystko skrywa w sobie piękno, jest bowiem ciemna strona każdej rzeczy powodowana intencją z jaką jest wykorzystana, nie zaś naturą owego bytu. Miecz może być arcydziełem, póki nie stanie się narzędziem mordu.
Wystarczające... Takie właśnie są rzeczy, którymi się otaczam. NAJ zostawiam biegnącym w wyścigu :).
A ludzie? Ludzie zawsze są najlepsi. Nawet, gdy czują się zupełnie inaczej.
ps. Czuję niedosyt i czegoś mi brakuje... ten wątek chyba kiedyś doczeka się dalszego ciagu... ale to owoc, który musi dojrzeć.
Jest nas wielu, każdy zwycięzca to wiele przegranych, na jedną radość przypada wiele więcej smutku. Pod tym względem wydajemy się niczym nie różnić od świata przyrody, gdzie nasz podziw zyskuje każde piękne drzewo, które wszak wyrosło za cenę śmierci wszystkich swych braci, gdy zabierało im dostęp do światła. Tylko najlepsi przeżywają. [to myśl zaczerpnięta poniekąd od Terry'ego Goodkinda z cyklu Miecz Prawdy - który zresztą bardzo polecam, szczególnie jak się lubi literaturę fantasy - ale chyba i Skatman {ktoś jeszcze pamięta kto to był? ;)},i paru innych z pewnością, o tym brzdąkał]
A ponoć jeszcze są ludzie, którzy wierzą, że wyrośliśmy ponad ewolucyjną walkę, że selekcja debeściaków to coś od czego się odcięliśmy...
Konkursy na stanowisko, konkurencje, teleturnieje, egzaminy z limitem miejsc, dostęp do zasobów, presja na to, żeby firma była NAJlepsza i miała NAJlepszych specjalistów i oferowała NAJlepszy produkt i w końcu ktoś jest NAJlepszy, ale jest to oznacza, że są też Ci, którzy są gorsi, którzy przegrali - i tych jest dużo więcej.
Potem każdy z nas bombardowany zewsząd słyszy tylko to NAJ i zaczyna też owego NAJ oczekiwać, dążyć do niego, aż NAJ staje się dla niektórych obsesją, a dla innych powodem frustracji, czy smutku. I spirala nakręca się, NAJ chwyta w swe szpony... A przecież tylko jedna rzecz może być NAJ, nas zaś i rzeczy, które tworzymy (czy jak powiedział by filozof - bytów) jest tak wiele...
Czy nie jest przyjemnie dostrzec wartość każdej rzeczy, jaka by ona nie była?
Smutne jest społeczeństwo stające w każdej dziedzinie życia do Wielkiego Wyścigu o NAJ. Ciężko jest znaleźć szczęście tak właśnie przeżywając życie... Tak sądzę, choć może są tacy, którzy myślą inaczej - w końcu żyjemy właśnie w TAKICH realiach.
Cieszę się tym co jest. Wszystko skrywa w sobie piękno, jest bowiem ciemna strona każdej rzeczy powodowana intencją z jaką jest wykorzystana, nie zaś naturą owego bytu. Miecz może być arcydziełem, póki nie stanie się narzędziem mordu.
Wystarczające... Takie właśnie są rzeczy, którymi się otaczam. NAJ zostawiam biegnącym w wyścigu :).
A ludzie? Ludzie zawsze są najlepsi. Nawet, gdy czują się zupełnie inaczej.
ps. Czuję niedosyt i czegoś mi brakuje... ten wątek chyba kiedyś doczeka się dalszego ciagu... ale to owoc, który musi dojrzeć.
Tuesday, June 29, 2004
Dreamwalking
Śnie, strażniku moich marzeń
Nocny mych ścieżek opiekunie
Przyszłych wyrocznio wydarzeń
Na wieki śmiertelny mój całunie
Friday, June 25, 2004
Prohibition
Prohibicja to był naprawdę genialny pomysł. Oczywiście w skali współczesnej cywilizacji zachodu. :)
Jasne, handel aloholem kwitł jak nigdy. Dla rządu wystarczyło założyć własną, nie koniecznie legalną, agendę rozprowadzającą trunki i zysk był. Gangsterzy też zarabiali, ale jak dbali o interes!
Najważniejsze jednak było to, że ludziom nie chodziły głupoty po głowie :P. Narkotyki? JAKIE narkotyki? Czy, jeśli o tym mowa, jakiekolwiek używki. Alkohol to był owoc zakazany i spożywanie owego zaspokajało wszelkie potrzeby tabu i "produkcji" ideologii potrzebnych by przekroczyć wyznaczone granice.
Zresztą prawo być może powinno być zrobione na wyrost, pamiętając że ludzie będą je łamać masowo (co jest tak pewne, jak to że słońce świeci ;P), dzieki czemu społeczeństwo osiągnie stan upragniony przez prawodawców (czyli po przekroczeniu ustanowionych granic lud znajdzie się dokładnie tam, gdzie miał się docelowo znaleźć ]:->). Im dalej ustanowi się dostępne granice, tym dalej wyjdzie poza nie społeczeństwo. Kiedy granicą był alkohol, samo jego zdobycie było już Czymś. Kiedy granicą stały się narkotyki używanie "miękkich" jest powszechne. Kiedy "miękkie" staną się legalne, to hardcorowe badziewia będą na topie. ITD.
Podobnie np. z sexem. Kiedyś goła noga to było naprawdę niezłe "porno" ;). Z każdą jednak dekadą na rynku pojawiają się coraz większego kalibru przegięcia w temacie erotyki.
Tylko patrzeć jak SM, piss, bizzare, czy co tam jeszcze jest zostaną wyparte przez .... bo ja wiem? Dewiacje seksualne??
Wprowadzając jakąś swobodę pamiętamy, że jest swego rodzaju przywilej, że sięgnęliśmy po tabu i na swój sposób szanujemy te świeżo zdobyte terytorium. Ale zaraz po nas będzie kolejne pokolenie, dla którego wywalczony przez nas stan będzie stanem oczywistym jak powietrze i będą szukać własnego tabu - czegoś co dla nas było całkowcie nie do pomyślenia. Mam wrażenie, że Ci którzy są za legalizacją "miękkich" raczej zapominają, że ich dzieci, czy wnukowie mając swobodny dostęp do lekkich dragów zabiorą się za mocne. A tak conajwyżej będą się odzywać głosy, że "szkoda, że to nielegalne", ale granice pozostaną i nie sięgniemy po nic gorszego. Dla nas wydaje się to oczywiste, że heroina, czy kokaina to świństwa, ale nasze dzieciaki mając maryśkę za siostrę mogą - i pewnie będą - myśleć inaczej. A jak marysia pozostanie nielegalna w sensie prawnym (bo i tak wielu osobom to nie robi i palą ją sobie) to sznase na modę na mocne dragi są znikome.
A gdybyśmy nadal mieli prohibicję?
Jasne, handel aloholem kwitł jak nigdy. Dla rządu wystarczyło założyć własną, nie koniecznie legalną, agendę rozprowadzającą trunki i zysk był. Gangsterzy też zarabiali, ale jak dbali o interes!
Najważniejsze jednak było to, że ludziom nie chodziły głupoty po głowie :P. Narkotyki? JAKIE narkotyki? Czy, jeśli o tym mowa, jakiekolwiek używki. Alkohol to był owoc zakazany i spożywanie owego zaspokajało wszelkie potrzeby tabu i "produkcji" ideologii potrzebnych by przekroczyć wyznaczone granice.
Zresztą prawo być może powinno być zrobione na wyrost, pamiętając że ludzie będą je łamać masowo (co jest tak pewne, jak to że słońce świeci ;P), dzieki czemu społeczeństwo osiągnie stan upragniony przez prawodawców (czyli po przekroczeniu ustanowionych granic lud znajdzie się dokładnie tam, gdzie miał się docelowo znaleźć ]:->). Im dalej ustanowi się dostępne granice, tym dalej wyjdzie poza nie społeczeństwo. Kiedy granicą był alkohol, samo jego zdobycie było już Czymś. Kiedy granicą stały się narkotyki używanie "miękkich" jest powszechne. Kiedy "miękkie" staną się legalne, to hardcorowe badziewia będą na topie. ITD.
Podobnie np. z sexem. Kiedyś goła noga to było naprawdę niezłe "porno" ;). Z każdą jednak dekadą na rynku pojawiają się coraz większego kalibru przegięcia w temacie erotyki.
Tylko patrzeć jak SM, piss, bizzare, czy co tam jeszcze jest zostaną wyparte przez .... bo ja wiem? Dewiacje seksualne??
Wprowadzając jakąś swobodę pamiętamy, że jest swego rodzaju przywilej, że sięgnęliśmy po tabu i na swój sposób szanujemy te świeżo zdobyte terytorium. Ale zaraz po nas będzie kolejne pokolenie, dla którego wywalczony przez nas stan będzie stanem oczywistym jak powietrze i będą szukać własnego tabu - czegoś co dla nas było całkowcie nie do pomyślenia. Mam wrażenie, że Ci którzy są za legalizacją "miękkich" raczej zapominają, że ich dzieci, czy wnukowie mając swobodny dostęp do lekkich dragów zabiorą się za mocne. A tak conajwyżej będą się odzywać głosy, że "szkoda, że to nielegalne", ale granice pozostaną i nie sięgniemy po nic gorszego. Dla nas wydaje się to oczywiste, że heroina, czy kokaina to świństwa, ale nasze dzieciaki mając maryśkę za siostrę mogą - i pewnie będą - myśleć inaczej. A jak marysia pozostanie nielegalna w sensie prawnym (bo i tak wielu osobom to nie robi i palą ją sobie) to sznase na modę na mocne dragi są znikome.
A gdybyśmy nadal mieli prohibicję?
Sunday, June 13, 2004
Back from Rewal
Jestem, który jestem.
Jestem, KTÓRY jestem.
Dlaczego "który"?
Ileż istot może kryć się w człowieku, a zarazem go współtworzyć. Czy raczej to jeden człowiek wyraża się tysiącem postaci? Który to filozof uważał, że jest w nas wielu "ludzi", którzy splatają swe ścieżki w jedno? Pewnie Platon... 90% późniejszej filozofii to komentarz do Platona :P.
Ech... to w zasadzie NIE miał być pamiętnik, więc wewnętrzne boje będą musiały powędrować gdzieś indziej... może do tej nieszczęsnej szuflady? Albo innego bloga :D. BLAH, jeden wystarczy.
Komp to świat w świecie... przez niego zaniedbuję piękno papieru...
i jego nietrwałość.
Jestem, KTÓRY jestem.
Dlaczego "który"?
Ileż istot może kryć się w człowieku, a zarazem go współtworzyć. Czy raczej to jeden człowiek wyraża się tysiącem postaci? Który to filozof uważał, że jest w nas wielu "ludzi", którzy splatają swe ścieżki w jedno? Pewnie Platon... 90% późniejszej filozofii to komentarz do Platona :P.
Ech... to w zasadzie NIE miał być pamiętnik, więc wewnętrzne boje będą musiały powędrować gdzieś indziej... może do tej nieszczęsnej szuflady? Albo innego bloga :D. BLAH, jeden wystarczy.
Komp to świat w świecie... przez niego zaniedbuję piękno papieru...
i jego nietrwałość.
Wednesday, June 09, 2004
The Cross Roads
Ostatnio przy drogach w oklocy pojawiło się kilka nowych krzyży. Zastanawiam się... Z jednej strony to symbole pamięci, o tych, którzy odeszli gwałtownie. Czy równocześnie mogą pełnić rolę przestrogi? Są to nieme, ale bardzo wiele znaczące symbole - czy mogą więc wpłynąć na kierowców bardziej niż znak drogowy? Są w końcu dowodem na to, że na drodze trzeba być naprawdę ostrożnym.
Tym, którzy odeszli - modlitwa, lub myśl dobra, co uznasz za lepsze. Niech zaznają Światła i Opieki Stwórcy :).
Tym, którzy odeszli - modlitwa, lub myśl dobra, co uznasz za lepsze. Niech zaznają Światła i Opieki Stwórcy :).
Sunday, June 06, 2004
Of Good And Evil
Rozważmy świat, gdzie nie istnieje zło. Ludzie są szczęśliwi, mają ciekawe pomysły i realizują je, odkryli swoją duchowość i zerwali więzi materii - fizyczna powłoka przestała być ograniczeniem, stali się jednym ze swym Stwórcą. Śmierć pozostała w sferze materii, wraz z innymi fizycznymi ograniczeniami. Czy w takim świecie jest potrzebne zło?
Przez długi czas sądziłem, że zło jest konieczne i istnieje, ponieważ jego istnienie ma cel. Byłem przekonany, że Stwórca dopuszcza obecność zła właśnie po to abyśmy my jako świadome byty mogli dostrzec zarówno dobro jak i zło i rozsądzić w swym sercu czego pragniemy. Wydawało mi się, że jest to warunek konieczny dla istnienia wolnej woli; że realizowana jest ona właśnie poprzez możność wyboru między jednym, a drugim (albo trochę tego, trochę tamtego)... cóż...
Pytanie brzmi - czy trzeba wiedzieć, że to co odczuwamy to dobro i szczęście? Czy może wystarczy istnieć w tym stanie? Czy trzeba wiedzieć, że sie oddycha, by oddychać?
Spotkałem się z ciekawym konceptem, który zmienił mój punkt widznenia. Załóżmy, że faktycznie człowiek powstał na podobieństwo Stwórcy. Ciężko by raczej sądzić, że idzie tu o fizyczną powłokę, pozostaje zatem sfera duchowa. Można by wtedy założyć, że w człowieku zawarty jest potencjał twórczy równy temu jakim dysponuje Stwórca. (implikacje i warunki takiego stanu to sam w sobie temat do kolejnych rozważań)Załóżmy więc, że *uświadomienie* sobie tego czym *może* być zło powołało je do istnienia. W sytuacji, w której każdy człowiek to autonomiczny byt obdarzony wolną wolą, w której to decyzje Stwórca ingerować sm z siebie nie będzie owo wyobrażone zło staje się faktem. Potem postrzegane przez ludzi tworzy pętle sprzeżenia zwrotnego - widzę, a więc to istnieje, ale z kolei moja wiara w to, że istnieje sprawia, że to widzę. W takim układzie to właśnie człowiek odpowiada za powstanie zła, a powód dla którego ono istnieje to nasza akceptacja tegoż właśnie stanu. Zresztą jeśliby przyjrzeć się nieszczęściom spotykającym ludzi to szybko okaże się, że zdecydowana większość z nich to efekt decyzji innego człowieka (mniej lub bardziej świadomej). Czy w takich warunkach ma sens obarczanie Stwórcy za ogarniające nas zło? On dał wolną wolę *każdemu* człowiekowi - i jeśli taki człowiek postanowi skrzywdzić drugiego, to On nie będzie ingerował, chyba że na prośbę człowieka właśnie.
Sprowadzając całość do przykładów - fakt, że np. w Afryce panuje wielki głód jest w dużo większej mierze spowodowany nie katastrofami naturalnymi, ale działaniem innych ludzi. Bawełna afrykańska (dla niektórych państw praktycznie jedyne źródło utrzymania) jest mniej konkurencyjna na rynkach śwaitowych wobec bawełny amerykańskiej, gdy w grę wchodzę spore rządowe subwencje obniżające cenę US cotton. A nawet obecne w Afryce susze w dużej mierze były spowodowane wylewami ropy w okolicach równika, co obniżyło parowanie wody na wielkich obszarach oceanu eliminując opady na kilka lat.
Wojny i krzywdy wojenne - to zawsze konsekwencje działania ludzi. Giną tysiące, czy nawet miliony, dla interesów tych kilku u władzy.
ITD
Wewnętrzne ludzkie bestialstwo, ta "ciemna" strona naszej duszy? Jest tam. Jest bowiem *wierzymy* w jej obecność, bo wierzą w nią inni, a my napotykamy na ślady tej wiary. Bo *wiemy*, że ten "mrok" naszej duszy *może* tam być. To kim jest człowiek i jaki kszałt przyjmuje jego wnętrze zależy od danego cżłowieka. owszem - podlegamy wpływom z zewnątrz. A jednak - rozwijając swoją świadomość - możemy *dostrzec* nasze wnętrze, zobaczyć co nas buduje i *świadomie* wybrać to, co chcemy, aby nas tworzyło. To jest właśnie potęga myśli, świadomości i wolnej woli. Możemy *wybrać* to kim i czym być chcemy. A wspiera nas - jeśli zechcemy to wsparcie przyjąć - największa siła stwórcza. :D
Rozpisałem się, nie ma co :p
Wracając na koniec do głównego wątku - czy świat, w którym świadomy umysł eliminuje "świadomość" zła jest taką niemożliwością? Czy nie tym był właśnie Eden? Dopóki pierwsi (mniej lub bardziej alegoryczni ;)) ludzie nie *uświadomili* sobie istoty zła - byli w raju. A właśnie *poznanie* czym jest zło sprawiło, iż poznali czym jest umieranie, trud, ból i cierpienie. I stały się one rzeczywiste, namacalne, odcinając tychże ludzi od prawdziwej ich natury...
Hmmmmm...
będę musiał to jeszcze porozważać :)
Przez długi czas sądziłem, że zło jest konieczne i istnieje, ponieważ jego istnienie ma cel. Byłem przekonany, że Stwórca dopuszcza obecność zła właśnie po to abyśmy my jako świadome byty mogli dostrzec zarówno dobro jak i zło i rozsądzić w swym sercu czego pragniemy. Wydawało mi się, że jest to warunek konieczny dla istnienia wolnej woli; że realizowana jest ona właśnie poprzez możność wyboru między jednym, a drugim (albo trochę tego, trochę tamtego)... cóż...
Pytanie brzmi - czy trzeba wiedzieć, że to co odczuwamy to dobro i szczęście? Czy może wystarczy istnieć w tym stanie? Czy trzeba wiedzieć, że sie oddycha, by oddychać?
Spotkałem się z ciekawym konceptem, który zmienił mój punkt widznenia. Załóżmy, że faktycznie człowiek powstał na podobieństwo Stwórcy. Ciężko by raczej sądzić, że idzie tu o fizyczną powłokę, pozostaje zatem sfera duchowa. Można by wtedy założyć, że w człowieku zawarty jest potencjał twórczy równy temu jakim dysponuje Stwórca. (implikacje i warunki takiego stanu to sam w sobie temat do kolejnych rozważań)Załóżmy więc, że *uświadomienie* sobie tego czym *może* być zło powołało je do istnienia. W sytuacji, w której każdy człowiek to autonomiczny byt obdarzony wolną wolą, w której to decyzje Stwórca ingerować sm z siebie nie będzie owo wyobrażone zło staje się faktem. Potem postrzegane przez ludzi tworzy pętle sprzeżenia zwrotnego - widzę, a więc to istnieje, ale z kolei moja wiara w to, że istnieje sprawia, że to widzę. W takim układzie to właśnie człowiek odpowiada za powstanie zła, a powód dla którego ono istnieje to nasza akceptacja tegoż właśnie stanu. Zresztą jeśliby przyjrzeć się nieszczęściom spotykającym ludzi to szybko okaże się, że zdecydowana większość z nich to efekt decyzji innego człowieka (mniej lub bardziej świadomej). Czy w takich warunkach ma sens obarczanie Stwórcy za ogarniające nas zło? On dał wolną wolę *każdemu* człowiekowi - i jeśli taki człowiek postanowi skrzywdzić drugiego, to On nie będzie ingerował, chyba że na prośbę człowieka właśnie.
Sprowadzając całość do przykładów - fakt, że np. w Afryce panuje wielki głód jest w dużo większej mierze spowodowany nie katastrofami naturalnymi, ale działaniem innych ludzi. Bawełna afrykańska (dla niektórych państw praktycznie jedyne źródło utrzymania) jest mniej konkurencyjna na rynkach śwaitowych wobec bawełny amerykańskiej, gdy w grę wchodzę spore rządowe subwencje obniżające cenę US cotton. A nawet obecne w Afryce susze w dużej mierze były spowodowane wylewami ropy w okolicach równika, co obniżyło parowanie wody na wielkich obszarach oceanu eliminując opady na kilka lat.
Wojny i krzywdy wojenne - to zawsze konsekwencje działania ludzi. Giną tysiące, czy nawet miliony, dla interesów tych kilku u władzy.
ITD
Wewnętrzne ludzkie bestialstwo, ta "ciemna" strona naszej duszy? Jest tam. Jest bowiem *wierzymy* w jej obecność, bo wierzą w nią inni, a my napotykamy na ślady tej wiary. Bo *wiemy*, że ten "mrok" naszej duszy *może* tam być. To kim jest człowiek i jaki kszałt przyjmuje jego wnętrze zależy od danego cżłowieka. owszem - podlegamy wpływom z zewnątrz. A jednak - rozwijając swoją świadomość - możemy *dostrzec* nasze wnętrze, zobaczyć co nas buduje i *świadomie* wybrać to, co chcemy, aby nas tworzyło. To jest właśnie potęga myśli, świadomości i wolnej woli. Możemy *wybrać* to kim i czym być chcemy. A wspiera nas - jeśli zechcemy to wsparcie przyjąć - największa siła stwórcza. :D
Rozpisałem się, nie ma co :p
Wracając na koniec do głównego wątku - czy świat, w którym świadomy umysł eliminuje "świadomość" zła jest taką niemożliwością? Czy nie tym był właśnie Eden? Dopóki pierwsi (mniej lub bardziej alegoryczni ;)) ludzie nie *uświadomili* sobie istoty zła - byli w raju. A właśnie *poznanie* czym jest zło sprawiło, iż poznali czym jest umieranie, trud, ból i cierpienie. I stały się one rzeczywiste, namacalne, odcinając tychże ludzi od prawdziwej ich natury...
Hmmmmm...
będę musiał to jeszcze porozważać :)
Saturday, June 05, 2004
food 4 thoughts
Mieszkam na blokowisku, miejscu, gdzie te wielkie, choć nietrwałe budowle stanowią prawie 90% zabudowy. W każdym takim bloku mieszka przynajmniej 1000 osób (z reguły ok.1500), co w mojej okolicy daje grubo ponad 15000. Wszyscy chodzimy tymi samymi ulicami, a mimo to spotkanie tej samej osoby drugi raz na ulicy tego samego dnia, ba! jeszcze raz w tym samym tygodniu jest praktycznie niemożliwe - chyba, że jest to pani ekspedientka, albo sąsiad z tego samego bloku.
Co więcej - codziennie korzystam ze środków publicznego transportu i to z reguły w tych samych godzinach - a jednak za każdym razem codziennie podróżuję z innymi ludźmi, choć przecież jakieś twarze powinny się powtarzać, choćby przez wzgląd na tych, którzy zmierzają do pracy. Zdarza się to jednak bardzo rzadko.
Taka sytuacja (i zagęszczenie) niesie za sobą dość interesujące implikacje społeczne...
Inna ciekawa rzecz - żyjemy w społeczeństwie masowej produkcji, liczba sklepów w danym rejonie jest dość ograniczona, nawet jesli jest to duże miasto, tak więc zdecydowana większość z nas zaopatruje się w te same artykuły (choć różnych rozmiarów :P), wśród których też jest pewne organiczenie różnorodności. Wydawałoby się, że można oczekiwać spotykania ludzi ubranych w podobne elementy odzieży dość często. Wystarczy jednak przejść się po kilku dzielnicach by zauważyć, że każdy ubrany jest inaczej. Wielce ciężko jest natknąć się w ciągu tego samego dnia, czy nawet tygodnia, na osoby ubrane w choćby jeden, taki sam ciuch.
Takie jest już chyba życie w mieście... czy życie ludzkie w ogóle. Prawdopodobieństwo i statystyka mają jak widać poczucie humoru :D.
Co więcej - codziennie korzystam ze środków publicznego transportu i to z reguły w tych samych godzinach - a jednak za każdym razem codziennie podróżuję z innymi ludźmi, choć przecież jakieś twarze powinny się powtarzać, choćby przez wzgląd na tych, którzy zmierzają do pracy. Zdarza się to jednak bardzo rzadko.
Taka sytuacja (i zagęszczenie) niesie za sobą dość interesujące implikacje społeczne...
Inna ciekawa rzecz - żyjemy w społeczeństwie masowej produkcji, liczba sklepów w danym rejonie jest dość ograniczona, nawet jesli jest to duże miasto, tak więc zdecydowana większość z nas zaopatruje się w te same artykuły (choć różnych rozmiarów :P), wśród których też jest pewne organiczenie różnorodności. Wydawałoby się, że można oczekiwać spotykania ludzi ubranych w podobne elementy odzieży dość często. Wystarczy jednak przejść się po kilku dzielnicach by zauważyć, że każdy ubrany jest inaczej. Wielce ciężko jest natknąć się w ciągu tego samego dnia, czy nawet tygodnia, na osoby ubrane w choćby jeden, taki sam ciuch.
Takie jest już chyba życie w mieście... czy życie ludzkie w ogóle. Prawdopodobieństwo i statystyka mają jak widać poczucie humoru :D.
Friday, June 04, 2004
In darkness i walk
Ewolucja molekularna szaleje mi w głowie... czy raczej powinna szaleć, a na razie leży obok ;).
Odnoszę nieodparte wrażenie, że ta część moich myśli, która narodziła się w tyglu chaosu pośród cieni niezmiernie radośnie "przyjęła" wiadomość o założeniu bloga.
Diagnoza? Należy spodziewać się serii chorych post'ów w niedalekiej przyszłości. Cóż... dziwne myśli też muszą się gdzieś rozładować :P.
Odnoszę nieodparte wrażenie, że ta część moich myśli, która narodziła się w tyglu chaosu pośród cieni niezmiernie radośnie "przyjęła" wiadomość o założeniu bloga.
Diagnoza? Należy spodziewać się serii chorych post'ów w niedalekiej przyszłości. Cóż... dziwne myśli też muszą się gdzieś rozładować :P.
Thursday, June 03, 2004
Big BTW
I've just done some thinking... . Well, it might be just so that you've stumbled upon this little shelter for thoughts of mine and noticed that it's written in a language you're unfamiliar with. Don't be discouraged, English is like a second mother tounge to me (YES, it means i make just as many mistakes in it), so some of the posts here will be in this beauty of a language :). A manifesto i'm working on is bound to end up here and it most certainly will be in both tongues. I don't really think that many will come across this here blog, unless those i'll give the address to will spread the word... who knows. But the net is big and there are many souls wandering its electronical pathways :).
Feel welcome here traveler. I shelter any thought, except those of hatred. So if you do come in, leave a thought of yours in return. Thank YOU. :)
Feel welcome here traveler. I shelter any thought, except those of hatred. So if you do come in, leave a thought of yours in return. Thank YOU. :)
Getting Started
Najsampierw to od czego zaczyna chyba każdy blogujący :). I wcale nie będzie to użalanie się na świat. Przynajamniej - jeszcze nie. Będzie to odpowiedź na pytanie - Dlaczego? Gdzieś trzeba upchnąć postrzępione myśli - głowa mogłaby być idealnym miejscem, gdyby nie to, że jest odrobinę za ciasna, a pamięć zbyt zawodna ;) (w moim konkretnym przypadku powinienem raczej mówić o nie-pamięci, która jest u mnie niezawodna). Próbowałem prowadzić pamiętnik... czy może raczej dziennik, ale zarówno w formie zeszytowej, czy komputerowej było to coś do czego nie miałem cirpliwości. Miałem za to braki w dyscyplinowaniu siebie, więc karty leżały odłogiem, niezapisane i zapomniane. Zresztą dość kłopotliwe jest to, że myśli biegną szybciej niż ręka mknie po papierze i kiedy jestem w połowie jakiegoś wątku, myślami kształtuję już nowy... Idealnym rozwiązaniem okazał się dyktafon - zapis na bieżąco, potem zrzucanie na dysk plików dźwiękowych.
Przyłapałem się na myśli, że to jednak jest jak "pisanie do szuflady". Może i są to reflexje, do których powrócę kiedyś tam... a może i nie. Będą leżeć niewykorzystane i opuszczone... :(
Sieć jest ogromnym "miejscem". Wędrują nią miliony ludzi, którzy porzucają swoje ciała, wyglądy, swoją fizyczność. W sieci liczą się Twoje myśli - bo to one warunkują to co wstukasz na swojej kalawiaturze. Twoje opinie, światopogląd, Twoje obnażone JA - to to co wędruje poprzez sieć. Nie twierdzę, że nie ma tu masek, skrywania się, anonimowości. Są. Ale dużo ciężej tu o wyrobienie sobie o kimś opinii na podstawie tylko czyjegoś wyglądu :D. Tutaj świadczą o Tobie Twoje czyny.
Wierzę we współdzielenie informacji. Może to jakaś pozostałość z czasów Hacker's Manifesto i wielkiego, choć chyba już zapomnianego hasła Hack the palnet. Im więcej kopii czegoś, tym większa szansa, że to coś przetrwa i nie ulegnie zapomnieniu/utraceniu. Im więcej osób coś posiada, tym większa szansa, że trafi to do właściwej jednostki, która akurat tego potrzebuje. Dlatego też nie chcę zamykać swoich myśli w szufladzie. Wolę, żeby były w miejscu, do którego dotrą jakieś osoby i - jeśli będą warte zabrania ze sobą - wyniosą stąd jakieś przemyślenie, reflexję, czy pomysł. I podzielą się nimi. Wykorzystają je. Albo dzieki nim przemyślą jakąś sprawę. W każdym razie zawarte tu myśli nabiorą mocy sprawczej - choćby minimalnej. I jeśli przydadzą się choćby tylko jednej osobie, to i tak będzie to więcej niż, gdyby zalegały na jakiejś płcyie CD, u mnie na półce.
A TERAZ ZROBIĘ JAK CZYNIĄ GOBLINY I ZOBACZĘ CO ROBI TEN PRZYCISK NA DOLE... MOŻE COŚ WYBUCHNIE? :DD
Przyłapałem się na myśli, że to jednak jest jak "pisanie do szuflady". Może i są to reflexje, do których powrócę kiedyś tam... a może i nie. Będą leżeć niewykorzystane i opuszczone... :(
Sieć jest ogromnym "miejscem". Wędrują nią miliony ludzi, którzy porzucają swoje ciała, wyglądy, swoją fizyczność. W sieci liczą się Twoje myśli - bo to one warunkują to co wstukasz na swojej kalawiaturze. Twoje opinie, światopogląd, Twoje obnażone JA - to to co wędruje poprzez sieć. Nie twierdzę, że nie ma tu masek, skrywania się, anonimowości. Są. Ale dużo ciężej tu o wyrobienie sobie o kimś opinii na podstawie tylko czyjegoś wyglądu :D. Tutaj świadczą o Tobie Twoje czyny.
Wierzę we współdzielenie informacji. Może to jakaś pozostałość z czasów Hacker's Manifesto i wielkiego, choć chyba już zapomnianego hasła Hack the palnet. Im więcej kopii czegoś, tym większa szansa, że to coś przetrwa i nie ulegnie zapomnieniu/utraceniu. Im więcej osób coś posiada, tym większa szansa, że trafi to do właściwej jednostki, która akurat tego potrzebuje. Dlatego też nie chcę zamykać swoich myśli w szufladzie. Wolę, żeby były w miejscu, do którego dotrą jakieś osoby i - jeśli będą warte zabrania ze sobą - wyniosą stąd jakieś przemyślenie, reflexję, czy pomysł. I podzielą się nimi. Wykorzystają je. Albo dzieki nim przemyślą jakąś sprawę. W każdym razie zawarte tu myśli nabiorą mocy sprawczej - choćby minimalnej. I jeśli przydadzą się choćby tylko jednej osobie, to i tak będzie to więcej niż, gdyby zalegały na jakiejś płcyie CD, u mnie na półce.
A TERAZ ZROBIĘ JAK CZYNIĄ GOBLINY I ZOBACZĘ CO ROBI TEN PRZYCISK NA DOLE... MOŻE COŚ WYBUCHNIE? :DD
Subscribe to:
Posts (Atom)
