Niesc pomoc komus to wielka sztuka, ktora bez odpowiedniego przygotowania przynosi wiecej szkod niz pozytku.
Sama dobra intencja to niejednokrotnie zbyt malo. Czasem okazuje sie, ze trzeba czegos wiecej niz wielkie serce, dyscyplina, czy odpowiedzialnosc. Ze trzeba cech wykraczajacych poza granice, jakie narzuca nam nasza codziennosc.
Zbyt czesto jest tak, ze z intencji niesienia pomocy i ten, ktory pomaga i ten, ktoremu pomagamy wychodza zrazeni i zniecheceni.
Jeden tym, ze "cale to pomaganie nie jest warte zachodu", drugi - ze i tak nie ma na co liczyc.
Czasem bywa tak, ze niesione dobro nie jest doceniane, czasem - ze nie zawsze przyniesie oczekiwany efekt, czasem tez brakuje nam czegos potrzebnego by w tym konkretnym przypadku owo dobro krzewic. I zamiast uznac to za lekcje zniechecamy sie. Czasem zapominamy, albo nie znamy wlasnych ograniczen, a przeciez poki sa w nas ludzkie przypadlosci, poty wiele z tego co czynimy bedzie obarczone ich ciezarem - niezaleznie od intencji.
Warto chyba wtedy miec za nagrode fakt tego co sie czyni, nic ponadto. Miec w sobie szacunek do innych i chec patrzenia na swiat ich oczyma... moze na moment "stania sie" nimi, lub chociaz postawienia sie w ich sytuacji? Ciagle wychodzic dalej i dalej poza wlasne ograniczenia, kazda porazke majac za lekcje nie mniej cenna co sukces. Rozwijac i pielegnowac milosc do blizniego, umacniac Agape i precz odrzucac przywary....
Chcialbym znac te droge, ale widze jedynie jej zarys i jak na czleka przystalo co i rusz potykam sie o kamienie :P
Tak naprawde nie sa to rady, bo taka droga jest chyba czyms bardzo indywidualnym, nawet jesli wszyscy nia idacy czynia tak samo, to dochodza do tych praw na swoj sposob kazdy. Chcialem zebrac tu swoje mysli na ten temat, spojrzec z boku... i poznac mysli innych...
Szczegolnie zainspirowaly mnie do tych przemyslen niektore posty na pewnym forum....
wyglada na to, ze w zyciu rownie ciezko o bezpardonowa dobroc, jak i bezpardonowa nienawisc ;)
Wszystko w zyciu zdaje sie byc sztuka. Mozna czynic wedle swej natury, rozwijac sie lub popadac w regresje. Albo mozna swiadomie wybrac i odczuwac swoja droge i okreslic poczynania, zbudowac siebie...
WRRRRR
;P
Monday, November 29, 2004
Tuesday, November 23, 2004
a metaphore
Wracjac z pracy zeszlego wieczoru stanalem w malym kregu ciemnosci na trawach okrytych bialym puchem z licznymi juz sladami stop, w dlon lapalem krysztalki i patrzylem jak topnieja moje mysli...
Horyzont spowil juz mrok, niebosklon zakryly chmury; stalem wiec w malej sferze otoczonej czarnym i szarym, spowity zaslona skrzacych sie snieznych platkow porywanych podmuchami niezdecydowanego wiatru...
I tak swiat wokol stal sie na krotka chwile metafora mojego umyslu ;P
Umysl pozostal, a metafora juz stopniala ;) Rzeczywistosc uwielbia chyba symbole... Sa wyryte na kazdym naszym kroku... Trzeba tylko umiec je czytac... A ja sie tylko o nie potykam :P
Horyzont spowil juz mrok, niebosklon zakryly chmury; stalem wiec w malej sferze otoczonej czarnym i szarym, spowity zaslona skrzacych sie snieznych platkow porywanych podmuchami niezdecydowanego wiatru...
I tak swiat wokol stal sie na krotka chwile metafora mojego umyslu ;P
Umysl pozostal, a metafora juz stopniala ;) Rzeczywistosc uwielbia chyba symbole... Sa wyryte na kazdym naszym kroku... Trzeba tylko umiec je czytac... A ja sie tylko o nie potykam :P
Sunday, November 21, 2004
of purpose
Czlowiek bez celu jest jak kamien rzucony w kosmiczna proznie - dryfujacy posrod pustki, chwytany przez grawitacje przypadkowych gwiazd....
Schoronieni w bezpiecznych ramach codziennej, zyciowej rutyny, nagle jej pozbawieni stajemy sie jak slimaki wyrwane ze swej skorupy. Juz od dziecka narzucony schemat ksztaltuje nasze mysli, nadaje kierunek i zwalnia z myslenia... Ot np. - najpierw szkola podstawowa, potem srednia, potem - jakas praca, albo studia i praca... Potem dom, rodzina, drzewo, pies, samochod (w dowolnej kolejnosci) i moze troche kustykania do lekarza na starosc.
Nasz wybor ogranicza sie jedynie do wyboru hobby (albo tez bierzemy to co najpopularniejesze na podworku//w kregu naszych znajomych//etc) i rodzaju nauki jaki chcemy pobierac (a i to nie zawsze). Tu pojawiają się pierwsze wątpliwosci - kiedy trzeba sie zmierzyc z samodzielnym wyborem... Pojawia sie uczucie jakby cos czailo sie w cieniu... poczucie odpowiedzialnosci za swoj los... i im wieksza swiadomosc siebie im bardziej rozbudowane self tym wiekszy lek...? W pewnym momencie ta z gory zdefiniowana droga przez edukacje urywa sie i nagle czujemy szarpniecie cugli kiedy wierzchowiec, ktory dotychczas jechal spokojnie robi sie narowisty.... pojawiaja sie rozstaje i trzeba wybrac jakas droge.... czasem wybor jest wiekszy, czasem mniejszy... i tu znowu... lek? ... niepewnosc?... niepokoj? Ale zaraz potem umacnia sie bezpieczna skorupa codziennych obowiazkow - posilek 3 razy dziennie, parokrotnie powtorzone zabiegi higieniczne, chwila czasu mniej lub bardziej bezmyslnie spedzonego przed telewizorem/komputerem, standardowe obowiazki w pracy (chyba ze ta wiaze sie z jakas kreatywnoscia...), a w szerszej skali czasu - znalezienie osoby z ktora poczujemy sie w miare dobrze (z wzajemnoscia oczywiscie; im lepiej chcemy sie poczuc tym dluzej przyjdzie nam poszukac), jakies dobra materialne (wlasny kat, srodek transportu), moze kilka wycieczek, ostatecznie dziecko//dzieci i wiele lat spedzonych na opiece/odkarmieniu/wyksztalceniu/pomocy w zyciowym starcie/wspieraniu przy kolejnych etapach zycia/etc. Gdzies tutaj konczy sie wreszcie rutyna... wytyczona powszechnie akceptowana sciezka... Gdzies tu nagle czlowiek ma mnostwo czasu i sam decyduje o sobie. I dbanie o dom, czy siebie nie zawsze wystarcza by zapelnic caly czas.... czlowiek staje sie mniej wiecej wolny... przynajmniej w swoich decyzjach... i co? czy nie jest tak, ze czesto poprosu sie gubi? ze gdy ostatecznie przychodzi mu zmierzyc sie z tym czajacym sie od dawna lekiem przed odpowiedzialnoscia za swoj los ludzie przegrywaja? doswiadczenie zgromadzone przez lata z pewnoscia pomaga... co z reguly sie dzieje? znajdywane sa inne rutynowo powtarzane obowiazki, zastepujace te poprzednie...
Pewnie znajda sie ludzie, ktorzy calkiem swiadomie wybieraja taki styl zycia - bo jest im z nim dobrze, bo czuja sie bezpiecznie... Sek w tym ilu tych ludzi bedzie? Ja twierdze, ze nie wielu...
ze tak naprawde malo kto z nas uswiadamia sobie, ze ma wybor i moze uczynic co tylko zechce, a nie to co wydaje mu sie jedyna droga... Bo przeciez niejeden miewa to przeczucie, ze jest cos jeszcze ponad te obrana i narzucana przez zycie droge...
Ze niekoniecznie trzeba budzic sie z rana by wypracowac dosc pieniedzy, by starczylo na to aby obudzic sie nastepnego dnia, by moc wypracowac dosc pieniedzy, by...
Czesto slyszy sie teze, ze czlowiek wsrod zwierzat wyroznia sie tym, ze jest inteligentniejszy. Patrzac na niektorych ludzi i niektore zwierzeta, az ciezko uwierzyc... Wiem, ze to kiepski dowod, ale intuicyjnie dosc sluszny.... Ludzie maja raczej srednia inteligencje, smiem twierdzic, ze szczury, slonie, albo delfiny moglyby stanac z nami w szranki.
Faktem jest, ze ludzie sam swiadomi samych siebie. I maja wolny wybor. Ze moga uczynic, co tylko zechca. Ograniczenia jakie odczuwaja wyplywaja wylacznie z ich wlasnych przekonan.
Decydowanie o wszystkim, wolna wola, wybor drogi - swiadomy i celowy, nadajcy ksztalt naszemu zyciu... czy to nie tego czesto nam brak? (posrod wielu innych rzeczy, oczywista ;P)
A akurat go mamy....
Podobnie zreszta jest ze swiadomym mysleniem... Przyjrzec sie czlowiekowi wystarczy, by zauwazyc jak czesto dziala jak mrowka - idac wytyczonym szlakiem, rzadko naprawde dzialajac swiadomie. Owszem - wie co robi i pamieta co robi. Ale nie zawsze jest swiadom. Czesto dziala automatycznie.
Wydaje sie, ze autorefleksja, analizowanie sytuacji.... ze gubimy swiadomosc przezywanych chwil... odrzucamy ja dla wygodniejszego automatyzmu... i rutyny.....
Wydaje sie tez, ze swiadomosc, inteligencja, czy inne przymioty "nienamacalne" wymagaja cwiczen i moga byc "usprawniane" podobnie jak atrybuty fizyczne...
Kolejna wiazka luznych, zle posklejanych mysli... I pokorna prosba o niebaczenie na licha forme, bom jeno skromny tkacz ludzkich mysli....
Schoronieni w bezpiecznych ramach codziennej, zyciowej rutyny, nagle jej pozbawieni stajemy sie jak slimaki wyrwane ze swej skorupy. Juz od dziecka narzucony schemat ksztaltuje nasze mysli, nadaje kierunek i zwalnia z myslenia... Ot np. - najpierw szkola podstawowa, potem srednia, potem - jakas praca, albo studia i praca... Potem dom, rodzina, drzewo, pies, samochod (w dowolnej kolejnosci) i moze troche kustykania do lekarza na starosc.
Nasz wybor ogranicza sie jedynie do wyboru hobby (albo tez bierzemy to co najpopularniejesze na podworku//w kregu naszych znajomych//etc) i rodzaju nauki jaki chcemy pobierac (a i to nie zawsze). Tu pojawiają się pierwsze wątpliwosci - kiedy trzeba sie zmierzyc z samodzielnym wyborem... Pojawia sie uczucie jakby cos czailo sie w cieniu... poczucie odpowiedzialnosci za swoj los... i im wieksza swiadomosc siebie im bardziej rozbudowane self tym wiekszy lek...? W pewnym momencie ta z gory zdefiniowana droga przez edukacje urywa sie i nagle czujemy szarpniecie cugli kiedy wierzchowiec, ktory dotychczas jechal spokojnie robi sie narowisty.... pojawiaja sie rozstaje i trzeba wybrac jakas droge.... czasem wybor jest wiekszy, czasem mniejszy... i tu znowu... lek? ... niepewnosc?... niepokoj? Ale zaraz potem umacnia sie bezpieczna skorupa codziennych obowiazkow - posilek 3 razy dziennie, parokrotnie powtorzone zabiegi higieniczne, chwila czasu mniej lub bardziej bezmyslnie spedzonego przed telewizorem/komputerem, standardowe obowiazki w pracy (chyba ze ta wiaze sie z jakas kreatywnoscia...), a w szerszej skali czasu - znalezienie osoby z ktora poczujemy sie w miare dobrze (z wzajemnoscia oczywiscie; im lepiej chcemy sie poczuc tym dluzej przyjdzie nam poszukac), jakies dobra materialne (wlasny kat, srodek transportu), moze kilka wycieczek, ostatecznie dziecko//dzieci i wiele lat spedzonych na opiece/odkarmieniu/wyksztalceniu/pomocy w zyciowym starcie/wspieraniu przy kolejnych etapach zycia/etc. Gdzies tutaj konczy sie wreszcie rutyna... wytyczona powszechnie akceptowana sciezka... Gdzies tu nagle czlowiek ma mnostwo czasu i sam decyduje o sobie. I dbanie o dom, czy siebie nie zawsze wystarcza by zapelnic caly czas.... czlowiek staje sie mniej wiecej wolny... przynajmniej w swoich decyzjach... i co? czy nie jest tak, ze czesto poprosu sie gubi? ze gdy ostatecznie przychodzi mu zmierzyc sie z tym czajacym sie od dawna lekiem przed odpowiedzialnoscia za swoj los ludzie przegrywaja? doswiadczenie zgromadzone przez lata z pewnoscia pomaga... co z reguly sie dzieje? znajdywane sa inne rutynowo powtarzane obowiazki, zastepujace te poprzednie...
Pewnie znajda sie ludzie, ktorzy calkiem swiadomie wybieraja taki styl zycia - bo jest im z nim dobrze, bo czuja sie bezpiecznie... Sek w tym ilu tych ludzi bedzie? Ja twierdze, ze nie wielu...
ze tak naprawde malo kto z nas uswiadamia sobie, ze ma wybor i moze uczynic co tylko zechce, a nie to co wydaje mu sie jedyna droga... Bo przeciez niejeden miewa to przeczucie, ze jest cos jeszcze ponad te obrana i narzucana przez zycie droge...
Ze niekoniecznie trzeba budzic sie z rana by wypracowac dosc pieniedzy, by starczylo na to aby obudzic sie nastepnego dnia, by moc wypracowac dosc pieniedzy, by...
Czesto slyszy sie teze, ze czlowiek wsrod zwierzat wyroznia sie tym, ze jest inteligentniejszy. Patrzac na niektorych ludzi i niektore zwierzeta, az ciezko uwierzyc... Wiem, ze to kiepski dowod, ale intuicyjnie dosc sluszny.... Ludzie maja raczej srednia inteligencje, smiem twierdzic, ze szczury, slonie, albo delfiny moglyby stanac z nami w szranki.
Faktem jest, ze ludzie sam swiadomi samych siebie. I maja wolny wybor. Ze moga uczynic, co tylko zechca. Ograniczenia jakie odczuwaja wyplywaja wylacznie z ich wlasnych przekonan.
Decydowanie o wszystkim, wolna wola, wybor drogi - swiadomy i celowy, nadajcy ksztalt naszemu zyciu... czy to nie tego czesto nam brak? (posrod wielu innych rzeczy, oczywista ;P)
A akurat go mamy....
Podobnie zreszta jest ze swiadomym mysleniem... Przyjrzec sie czlowiekowi wystarczy, by zauwazyc jak czesto dziala jak mrowka - idac wytyczonym szlakiem, rzadko naprawde dzialajac swiadomie. Owszem - wie co robi i pamieta co robi. Ale nie zawsze jest swiadom. Czesto dziala automatycznie.
Wydaje sie, ze autorefleksja, analizowanie sytuacji.... ze gubimy swiadomosc przezywanych chwil... odrzucamy ja dla wygodniejszego automatyzmu... i rutyny.....
Wydaje sie tez, ze swiadomosc, inteligencja, czy inne przymioty "nienamacalne" wymagaja cwiczen i moga byc "usprawniane" podobnie jak atrybuty fizyczne...
Kolejna wiazka luznych, zle posklejanych mysli... I pokorna prosba o niebaczenie na licha forme, bom jeno skromny tkacz ludzkich mysli....
only music remains.... or scilence
I tylko muzyka zostaje by rytm myslom wybijac...
zwlaszcza kiedy w myslach zalegnie sie proznia, w miejscu swiadomosci na tysiac kawalkow rozprysnietej.... kiedys zlozy sie ponownie, jak zawsze to czynila (a moze bylo to tylko zludzenie, moze zawsze tak bylo?), teraz wiruje w deszczu lsniacym o brzegach postrzepionych.... wszystko jednak w jednej ramie, sladu nie widac... choc lusto rozbite, to zycie daje tysiacu luster, a kazde to mysl jedna w srebrnej tafli odbita... i jedna droga tysiacem sie staje, a kazda wiedzie w inna strone, choc do tego samego domu... szalenstwo z logika czule splecione... oko cyklonu i sam cyklon zlewajace sie w jedno.... uczucia i proznia... sprzecznosc ... az pozostaje tylko muzyka... i cisza...
zawsze brak jednego elementu... jednego kawalka by pozostale spoic..... zawsze czegos brak... albo i nie.. zmeczenie... budzenie sie przychodzi z trudem... zasypianie - z radoscia.... upadli wydaja sie najlepiej znac droge do raju ;P ... wtopic sie w rzeczywistosc... odrzucic ja....
"vicky? jaka vicky?"
zwlaszcza kiedy w myslach zalegnie sie proznia, w miejscu swiadomosci na tysiac kawalkow rozprysnietej.... kiedys zlozy sie ponownie, jak zawsze to czynila (a moze bylo to tylko zludzenie, moze zawsze tak bylo?), teraz wiruje w deszczu lsniacym o brzegach postrzepionych.... wszystko jednak w jednej ramie, sladu nie widac... choc lusto rozbite, to zycie daje tysiacu luster, a kazde to mysl jedna w srebrnej tafli odbita... i jedna droga tysiacem sie staje, a kazda wiedzie w inna strone, choc do tego samego domu... szalenstwo z logika czule splecione... oko cyklonu i sam cyklon zlewajace sie w jedno.... uczucia i proznia... sprzecznosc ... az pozostaje tylko muzyka... i cisza...
zawsze brak jednego elementu... jednego kawalka by pozostale spoic..... zawsze czegos brak... albo i nie.. zmeczenie... budzenie sie przychodzi z trudem... zasypianie - z radoscia.... upadli wydaja sie najlepiej znac droge do raju ;P ... wtopic sie w rzeczywistosc... odrzucic ja....
"vicky? jaka vicky?"
Tuesday, November 09, 2004
Keepers
Powiadaja ze opieke nad poszczegolnymi rejonami sprawowaly konkretne anioly, kazdy trzymal straz nad swoim terenem, jak aniol stroz nad osoba... Niewiele udalo mi sie wyczytac w tekstach i sam temat wymaga ode mnie duzo glebszej refleksji - i badan. Nigdy jednak nie znalazlem odpowiedzi na pytanie, ktore w zasadzie narzuca sie samo, a tyczy sie upadlych aniolow. W zadnym z tekstow nie znalazlem nawet wzmianki o tym, ze utracily one status opiekunow danego rejonu... Wiecej - porownujac ich domeny z obecnymi rejonami mozna szybko odkryc, ze sa to wlasnie te rejony, gdzie od wiekow panowal i panuje nadal zamet i zniszczenie. Brzmi to zlowieszczo... Ale rownie dobrze moze nic nie znaczyc... ot luzna refleksja... :)
W koncu swiat jest tym w co wierzymy, a u swej podstawy zostal utkany z dobra jeno...
W koncu swiat jest tym w co wierzymy, a u swej podstawy zostal utkany z dobra jeno...
Subscribe to:
Posts (Atom)
